Jesteśmy w ogrodzie Wyższego Seminarium Duchownego w Sandomierzu. W rogu kłębią się zarośla. To tutaj znaleziono koronę Kazimierza Wielkiego. Nasz skarb narodowy. Jedyną zachowaną koronę, którą król nosił na skroniach za życia.

Ta historia zaczęła się 105 lat temu. W ogrodzie dawnego klasztoru benedyktynek w Sandomierzu (obecnie Wyższe Seminarium Duchowne) trwają wiosenne porządki. Ksiądz Jan Kanty Gajkowski pomaga wyciąć starą lipę. Od rana
z Ignacym Strugalskim, woźnicą i ogrodnikiem, usuwają uschnięte konary i pień rozdarty przez piorun na pół. Korzenie wrosły głęboko i trudno je wydrzeć z ziemi. Ksiądz Jan w dłoni trzyma szpadel. Wtem uderza w coś i słyszy metaliczny dźwięk… Zamiera ze zdziwienia na chwilę: – A cóż to może być? Skarb? – zastanawia się i z niedowierzeniem patrzy na ogrodnika, po czym rękoma rozgarniają ziemię. Ich oczom ukazuje się kawałek metalu, poczerniały i zaśniedziały. Rozrywają kłębiące się korzenie lipy wydobywając spod nich hełm rycerski, pozostałe części korony i grot włóczni. Do lipy podbiega ksiądz rektor Paweł Kubicki. A widząc metal w kształcie lilii andegaweńskich pada na kolana, wie co to znaczy.

Ksiądz Gajkowski wyciąga krzyż schowany pod sutanną i przysięgają, że nikomu nie powiedzą co tutaj znaleźli. Jest przecież kwiecień 1910 r. Za murami klasztoru stacjonują zaborcy. W głowie księdza Jana kłębią się myśli. Zawija skarb w habit i biegnie do kościoła. Krzyżem pada przed Najświętszym Sakramentem i Bogu dziękuje za znak.
Ksiądz Paweł oznajmia, że trzeba śpiewać „Te Deum laudamus”, bo to królewska korona. Może naszych Piastów? Uważa, że to znak od Boga, że Polska będzie wolna.

Paweł Kubicki to rektor seminarium duchownego, późniejszy biskup pomocniczy diecezji sandomierskiej, profesor historii i pisarz. Dzięki niemu tak dobrze znamy wydarzenia związane z sandomierską koroną. Opisał je w swoich
pamiętnikach. Ksiądz Jan Kanty Gajkowski to wykładowca seminarium, społecznik i pisarz.

 

Korona znaleziona pod lipą to prawdziwy skarb. Jest to jedyna zachowana w całości polska średniowieczna korona podróżna i jedna z trzech zachowanych w Europie XIV- wiecznych koron hełmowych. Wykonana jest ze stopu miedzi
i srebra, ozdobiona imitacjami kamieni szlachetnych: szmaragdów, szafirów i kryształów górskich. Składa się z czterech fragmentów zwieńczonych liliami andegaweńskimi. Osadzana była na żelaznym hełmie. I wszystko wskazuje na to, że używał jej Władysław Łokietek i jego syn Kazimierz Wielki. – Dzisiaj wydaje nam się, że imitacje
kamieni mogą wskazywać, że była ona mniej cenna. Ale prawda jest taka, że w tym czasie takie kamienie były nowością, zachwycano się nimi. Ich cena była wyższa od kamieni prawdziwych – tłumaczy prof. Mieczysław Rokosz, mediewista z Krakowa. Wszystkie nasze klejnoty koronne zrabowali Prusacy ze skarbca na Wawelu w 1794 r. Było tam kilkanaście koron polskich królów, regalia i klejnoty Jagiellończyków. Przepadły bezpowrotnie. Tym
bardziej korona cudem znaleziona w Sandomierzu jest dla nas bezcenna. W klasztornym ogrodzie ukryto ją zapewne na początku XIX wieku w obawie przed zawieruchą wojenną w 1809 r. lub grabieżą, jakiej dopuszczały się wojska carskie w 1830 r., po upadku powstania listopadowego.

Według jednej z hipotez król Kazimierz Wielki złożył koronę w skarbcu sandomierskiej kolegiaty, jako dar wotywny błagając Boga o zdrowie w 1370 r. po wypadku podczas polowania w Przedborzu. Leciwy już monarcha złamał sobie nogę. Jest to korona zabierana w podróże, zapinana na hełmie rycerskim, przeznaczona do przyjmowania hołdów poddanych, w przeciwieństwie do tej paradnej, namaszczonej świętymi olejami podczas koronacji. Poza tym oszczep włóczni uwiarygadnia tę hipotezę. Król polując 8 września, w dzień uroczystości Najświętszej Marii Panny – co wiemy z kroniki Jana Długosza – dopuścił się grzechu i za to został „zrządzeniem bożym pokaran”. Na znak pokuty mógł zatem złożyć w kościele żelastwo, którego używał na tym polowaniu wraz z koroną. Na niewiele się to jednak zdało, nigdy już nie wrócił do zdrowia i zmarł w tym samym roku.
Tymczasem księża z Wyższego Seminarium Duchownego w Sandomierzu postanowili ukryć przed zaborcami królewską koronę. „Wici w mieście tylko rozpuścili wśród zacnych sandomierzan, że Polska rychło powstanie, bo Bóg dał znak widoczny”. Przez rok korona przechowywana jest w miejscowej księgarni przy ul. Sokolnickiego 2 prowadzonej przez siostry Chodakowskie. Ksiądz rektor nagrodził Ignacego Strugalskiego. Za znalezienie królewskiej korony dostał modrzewiowe drewno pochodzące z rozebranego klasztornego spichrza. Postawił z niego dom przed wybuchem I wojny światowej, około 1912 r., na Rokitku, dzisiaj jest to ulica Polna. Dom stoi do dzisiaj. Mieszkają w nim prawnukowie Strugalskiego. – Dziadek umarł przed moimi narodzinami. Ale wiem, że był dobrym i odważnym
człowiekiem – wspomina Anna Dytman, wnuczka Ignacego. Pod koniec 1914 r. Strugalski został wywieziony w głąb Rosji. Nie wiadomo czy Rosjanie zemścili się na nim za znalezienie królewskiej korony. Uciekł z niewoli. Tułał się
po świecie. Do Sandomierza wrócił w 1918 r. Jego rodzina wspomina, że było to zdarzenie niezwykłe, rzecz działa się w wigilię Bożego Narodzenia. Kiedy rodzina zasiadła do wieczerzy otworzyły się drzwi i na progu stanął Ignacy.
Schorowany i wycieńczony ucieczką żył krótko. Zmarł przed wybuchem II wojny światowej. Pochowany jest na Cmentarzu Świętopawelskim w Sandomierzu.
Ale zaborcy coraz śmielej poczynają sobie w Sandomierzu. Konspiratorzy boją się, że znajdą koronę. Miejsce korony jest na Wawelu – wyrokują w końcu księża Paweł Kubicki i Jan Kanty Gajkowski, kontaktują się potajemnie
z proboszczem wawelskiej katedry. Ustalają, że nocą przewiozą skarb do Krakowa. W obawie przed represjami
władz carskich na protokół zdawczo-odbiorczy nałożono pieczęć tajemnicy, która miała obowiązywać do 1941 r. Ale w środowiskach niepodległościowych wszyscy wiedzieli o sandomierskim znalezisku. I odczytywali je jako znak od Boga, że trzeba walczyć o wolność, bo Polska podniesie się z niewoli. I wolność przyszła w 1918 r. Tajemnica przestała
obowiązywać.

 

Skarb ten został uznany za sensację stulecia i rozpętał spór na temat autentyczności znaleziska oraz jego symbolicznego znaczenia dla odradzającego się ruchu niepodległościowego na ziemiach polskich. Po zakończeniu I wojny światowej i odzyskaniu przez Polskę niepodległości wątpliwości pochodzenia korony wyjaśnił prof. Marian Morelowski, który po przeprowadzonych badaniach doszedł do wniosków obecnie przyjmowanych za jeden z najbardziej prawdopodobnych. To według niego korona znaleziona w Sandomierzu była koroną, którą na krótko przed swoją śmiercią Kazimierz Wielki złożył, jako wotum w sandomierskiej kolegiacie. Ale część mediewistów uważa, że sandomierska korona to mało znana korona rycerska. Symbol rozwijającego się w średniowieczu
ruchu rycerskiego, którego ślady znajdujemy również w Sandomierzu. I jest to wyjątkowo ciekawy wątek, bo do tej pory niewiele wiemy o koronach rycerskich: ceremonialnych, podróżnych i heraldycznych. Na tablicy Domu Długosza, na herbie kronikarza, umieszczona jest korona, właśnie osadzona na hełmie rycerskim.
Korona sandomierska spoczywa na Wawelu. Na zamku w Sandomierzu możemy zobaczyć jej wierną kopię.

Dorota Kosierkiewicz

Zdjęcia z filmu dokumentalnego o odnalezionej w klasztorze benedyktynek w Sandomierzu koronie Kazimierza Wielkiego – Krzysztof Krogulec.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *