Jak to dawniej z instytucją koniuszego bywało

opowiesci_starego_koniarza_06_2016Już w zamierzchłych wiekach wielkim poważaniem darzono tych, którzy poznali tajniki hodowli i opanowali sztukę jazdy konnej do perfekcji. W starożytnym Rzymie utworzono urząd głównego zarządcy stadnin cesarskich. Nie miał on łatwego zadania, bo odpowiadał za właściwy kierunek hodowli, a co najważniejsze, dobierał konie dla władcy i odpowiednio je układał. Ponieważ cesarz musiał mieć konie przeznaczone do sportu, polowań, konie bojowe oraz konie do wystąpień publicznych, zarządca musiał sprostać tym wszystkim wyzwaniom. Oczywiście miał do pomocy cały sztab ludzi i nieograniczony dostęp do cesarskiej kasy, ale za efekt końcowy odpowiadał osobiście. Jeżeli władca był dobrym jeźdźcem, tak jak np. Aleksander Macedoński, to zarządca mógł spać spokojnie. Gorzej, gdy nie miał predyspozycji do jazdy konnej. Każdy z cesarzy rzymskich, musiał mieć najlepsze konie by w razie potrzeby lub kaprysu móc wziąć udział w igrzyskach czy polowaniu. Doborem koni dla swego władcy zajmował się zarządca, a była to sztuka wymagająca olbrzymiej wiedzy. Po pierwsze należało brać pod uwagę budowę fizyczną,
przyzwyczajenia, a w końcu charakter i konia i jeźdźca. Zarządcy musieli opanować tę sztukę idealnie, gdyż to na nich spoczywała odpowiedzialność za władcę dosiadającego konia. Nie do pomyślenia była więc sytuacja, żeby cesarz musiał szarpać się z koniem na oczach wszystkich, albo narażać na uszczerbek swoją godność i reputację, spadając z konia. Jeżeli taka sytuacja zaistniała, to zarządca tracił nie tylko stanowisko, ale także głowę.

Podobnie zachowywali się władcy średniowiecznej Europy. Wyjątkowym okrucieństwem, jeśli chodzi o swojego koniuszego, wykazał się Dżyngis-chan. Otóż pewnego razu, w trakcie wielkiego polowania z udziałem zaproszonych gości, koń jego spłoszył się i potknął tak niefortunnie, że władca wylądował na ziemi. Kiedy zdenerwowany wódz stanął na nogi, wyciągnął miecz i poderżnął szyję pechowego wierzchowca. Natomiast nocą, nieznani sprawcy dostali się do jurty człowieka opiekującego się końmi Dżyngis – chana i w okrutny sposób dokonali mordu na nim i całej jego rodzinie. Z tego wynika, że stanowisko koniuszego było nie tylko bardzo intratnym zajęciem, przynoszącym wszelkie względy i korzyści materialne, ale również bardzo niepewnym i wręcz niebezpiecznym.

Pierwsze wzmianki o koniuszych w Polsce pochodzą z XIII wieku. Już za panowania pierwszych Piastów utworzono urząd królewskiego koniuszego, zwany konarskim. Oprócz znanych z wcześniejszej historii obowiązków, dołożono koniuszemu pieczę nad jeździecką edukacją synów królewskich. Ponieważ spędzali oni wiele godzin dziennie z przyszłymi władcami, zyskiwali sobie ich przyjaźń i zaufanie. Z czasem stawali się ich doradcami, nie tylko w sprawach dotyczących koni. W końcu XVII wieku urząd koniuszego królewskiego stał się funkcją honorową, a obowiązki koniuszego wypełniali dworzanie biegli w sztuce jeździeckiej. Od czasów Zygmunta I powoływano Wielkiego Koniuszego Koronnego i Wielkiego Koniuszego Litewskiego. Ponadto, na Litwie urząd koniuszego występował jako godność ziemska. Ale ci dygnitarze, którzy sprawowali urzędy tytularnych koniuszych, tak naprawdę nie mieli już wiele wspólnego z pracą w stadninach. Na szczęście we wszystkich dworach szlacheckich zatrudniano ujeżdżaczy, a na dworach książęcych i magnackich kawalkatorów, czyli zawodowych trenerów i ujeżdżaczy koni. To właśnie oni byli prawdziwymi koniuszymi.

Prawdziwi fachowcy, którzy w swojej pracy opierali się na wiedzy gromadzonej wiekami przez swych wielkich poprzedników. Wielu z nich swoje wiadomości i doświadczenie przekazało nam w formie pisemnej.

Pierwsza polska książka o koniach „O świerzopach i ograch” powstała już w 1570 roku. Książki, które pozostawili nam po sobie dawni mistrzowie jazdy konnej mają dziś wielką wartość. Koniuszowie mieli obowiązek i przyjemność dogłębnie zbadać ów twór natury jakim jest koń. W każdej z dawnych książek o tematyce jeździeckiej znajdujemy szczegółowe informacje o budowie ciała konia i jego funkcjonowaniu, o opiece w stajni, o uprzęży i rzędach jeździeckich. Niestety w dzisiejszych czasach niewielu jeźdźców posiada choćby podstawową wiedzę na temat swoich koni i ich zachowań. Wszystko stało się sztuczne. Jakże często zapominamy o prawach natury w odniesieniu do naszych zwierząt. Dobrze ugruntowane doktryny dawnych mistrzów są dziś często odrzucane, co uzasadnia się tym, że metody te są staromodne i nie pasują do obecnych czasów, w których stawia się na szybkie efekty.

A jakie są rezultaty szybkiego szkolenia? Standardy obniżyły się tak bardzo, że niegdyś piękny ruch konia stał się obecnie karykaturą tego, czym był dawniej. Dzisiejsi jeźdźcy śmiało mogą polegać na doświadczeniach wielu pokoleń koniuszych, gdyż stanowią one nieocenioną pomoc w rozsądnym rozwoju sztuki jeździeckiej. Jeżeli któryś z jeźdźców uważa, że odkrył nową metodę, może być pewien, że jeśli jest ona choć trochę skuteczna, na pewno stosował ją już któryś
z dawnych mistrzów.

Krzysztof Dyk
Barbara Sęderowska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *