Prof. Jerzy Vetulani: Moje spotkania z Janem Pawłem II

450px-Jerzy_Vetulani_fot_Lech_PolcynPanie profesorze, jeszcze nie rozmawialiśmy o Janie Pawle II. A przecież Wojtyła przyjaźnił się z pańskim ojcem i był u was w domu częstym gościem na długo przed wyborem na papieża. Później zaś zapraszał pana na prywatne spotkania do Watykanu. Jak go pan poznał?

Na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych ktoś mi powiedział, że jest taki ksiądz, który ma ciekawe kazania w kościele Świętego Floriana w Krakowie. I wtedy widziałem Wojtyłę po raz pierwszy. Śmieszne, bo chodziłem na te msze w zielonej koszuli i czerwonym ZMP-owskim krawacie, żeby wszyscy widzieli. Natomiast w bliskim kontakcie z Wojtyła był mój brat Janek, należący do „ Środowiska”, grupy młodych ludzi powstałej wokół księdza.

Dlaczego ludzie tak chętnie słuchali jego kazań?

Wojtyła był naprawdę dobrym mówcą, a kazanie przypominały bardziej wystąpienia uniwersyteckie, coś na kształt wykładów. Czyli bez wielkich emocji, straszenia piekłem i tym podobnej kościelnej retoryki charakterystycznej dla tamtych czasów.
Gdy Wojtyła został biskupem, mój ojciec stwierdził:” To szkoda, bo teraz pójdzie w administrację, a od czasów świętego Tomasza z Akwinu Kościół nie miał tak wybitnego umysłu”. Pewnie trochę przesadził, ale to był naprawdę inteligentny facet.

Kiedy po raz pierwszy spotkał się pan z nim prywatnie?

Zaczął pojawiać się u nas gdzieś na początku lat sześćdziesiątych, kiedy ja z kolei w domu rzadko bywałem. Ojciec współpracował wówczas z „ Tygodnikiem Powszechnym”, w którym opublikował między innymi cykl artykułów o słynnym kardynale Adamie Sapieże. Wojtyła siadał z tatą w tym pokoju, w którym teraz rozmawiamy, i wspólnie knuli przeciwko władzy ludowej. Ja zaś w holu ucinałem sobie niekiedy swobodne pogawędki przy herbacie z młodym księdzem Stanisławem Dziwiszem, który był bardzo fajnym facetem. Pełnił jednocześnie kilka funkcji: asystenta, kierowcy i ochroniarza Wojtyły. Naprawdę bardzo ciekawie się z nim wtedy gadało.
Wojtyła zawsze przychodził na imieniny moich rodziców. I znów siadał w tym pokoju, a wokół niego gromadziła się grupka zafascynowanych starszych pań profesorowych. Nieraz nadawały na mnie, jaki to ten Jurek jest zły. Bo ja – jak już wspomniałem – miałem opinie czarnej owcy w rodzinie Vetulanich. Co ciekawe, w takich sytuacjach Wojtyła mnie przed tymi paniami bronił. Dużo później, gdy już został papieżem, zażartowałem sobie z tego. Spotkaliśmy się w Watykanie na prywatnej audiencji, a on mnie przywitał: „O, posiwiałeś!”. A ja na to: „ Nawet czarna owca bieleje”.

Jak ojciec umarł, poprosiliśmy antykwariusza, żeby nam uporządkował i ocenił pokaźny księgozbiór taty. Wyselekcjonował to, co nie miało specjalnej wartości naukowej czy historycznej. A wśród tych druków przeznaczonych do usunięcia leżała kupa odbitek jakichś prac naukowych. Marysia pewnego dnia rzuciła na to okiem i zauważyła, że na jednej z nich znajduje się odręcznie napisana dedykacja : „ Wielce Szanownemu Panu Profesorowi Adamowi Vetulaniemu dedykuję moja pracę, a właściwie jego pracę…” i podpis „ Karol Wojtyła”. Więc zachowaliśmy sobie ten dokument w domowym archiwum, bo biorąc pod uwagę kanonizację Jana Pawła II, jesteśmy w posiadaniu cennej relikwii.

Wojtyła odprawiał msze i prowadził pogrzeby całej mojej najbliższej rodziny: brata, mamy i ojca. Uroczystości pogrzebowe taty, zgodnie z jego życzeniem, odprawiono w kościele Świętej Anny według starego porządku ceremonii żałobnych dla profesorów UJ. Działo się to pierwszego października, czyli w dzień inauguracji roku akademickiego. Gdy orszak z trumna opuszczał kościół, ulicą Świętej Anny sunął akurat pochód władz uniwersyteckich. Wyglądało to, jakby uniwersytet – wcale tego nie chcąc – oddał tacie ostatnia posługę. Pamiętam, że na pogrzebie zjawił się oczywiście tłum ludzi, no i wygłoszono mnóstwo mów. Gdy się skończyły, okazało się, że nie ma grabarzy- znudzeni poszli się napić. Więc Wojtyła zaczął odmawiać godzinki, aż w końcu komuś udało się tych grabarzy- już zdrowo podchmielonych- znaleźć. Dodatkowym i dramatycznym elementem pogrzebu ojca był widoczny z cmentarza krążący nad Krakowem helikopter z podwieszonym pomnikiem Grunwaldzkim, który tego dnia ponownie ustawiono na placu Matejki.

W Polsce Jan Paweł II jest postacią pomnikową, człowiekiem bez skazy, o którym wypada mówić tylko w superlatywach. Ale poza naszym krajem pojawia się sporo krytycznych uwag pod adresem jego pontyfikatu. Nie chcę jednak pytać pana o ocenę Wojtyły jako przywódcy Kościoła katolickiego, tylko prosiłbym raczej o osobista refleksję: jakim był człowiekiem z perspektywy kogoś znającego go prywatnie i w dodatku niewierzącego? Może zacznijmy od tego, czy jemu nie przeszkadzał pański światopogląd? Nie próbował o tym rozmawiać, przekonywać, nawracać?

Doskonale zdawał sobie sprawę z mojego stosunku do religii, jednak nie próbował ingerować. Co więcej, kiedy już został papieżem, zapraszał Marysię i mnie na prywatne śniadania i kolacje do Watykanu, choć nie mieliśmy ślubu kościelnego. Stanowiliśmy chyba jedyna tego typu parę, gdyż Wojtyła zazwyczaj był na takie rzeczy bardzo wyczulony. Nas jednak traktował na specjalnych zasadach.

Wojtyła lubił moja żonę, która ma wielka umiejętność rozbrajania napiętych sytuacji. Na przykład w 1978 roku Wojtyła, wówczas jeszcze kardynał, przyjechał z Rzymu do Krakowa po konklawe, na którym wybrano Jana Pawła I, i postanowił nas odwiedzić. Był trochę spięty, bo oczywiście nie mógł niczego powiedzieć na temat szczegółów wyborów nowego papieża, a ludzie rzecz jasna byli bardzo ciekawi. Więc Marysia tak zaczęła rozmowę: „A ja chciałabym księdza kardynała zapytać o konklawe – jak wtedy była pogoda w Rzymie?” I on się rozczulił, opowiadając wszystko o warunkach atmosferycznych panujących w trakcie wyborów nowego papieża.

Pyta mnie pan o moją osobistą ocenę Wojtyły. No cóż, nie powiem chyba nic sensacyjnego, kiedy stwierdzę, że zapamiętałem go jako wybitnego człowieka. Z niego po prostu biła niesłychana godność i nie musiał tego jakoś specjalnie pokazywać. Nie czuło się w tym niczego nadętego ani parweniuszowskiego. Wszystko naturalne. Cała jego komunikacja pozawerbalna była taka ,że czuło się, iż to wielki człowiek, któremu można ufać. Przyjaciel, który ma swoje pryncypia, ale każdemu pomoże. Do niemal wszystkich był nastawiony przyjaźnie. Ale zarazem, gdy w Krakowie przychodzili do niego różni partyjni notable, występował ze wszystkimi symbolami kościelnej władzy. Tam, gdzie trzeba było pokazać potęgę Kościoła, to ja pokazywał. A tam, gdzie był potrzebny dobry pasterz, pojawiał się pasterz, który szuka swoich owieczek, a nie taki, który chce nimi rządzić. Mało mówił, dużo słuchał. I wyraźnie było widać, że słucha z zainteresowaniem. Potrafił uczyć się od innych w każdej niemal sytuacji. Jak również wpływać na tych, których spotykał na swojej drodze. Trzeba też powiedzieć ,ze miał świadomość swoich zdolności i potrafił je wykorzystywać. Takie są moje dość ogólne impresje, czyli spojrzenie człowieka, który znał go osobiście, ale jednak przelotnie.

Spotkał pan kogoś podobnego?

Tylko jedna osobę, w której towarzystwie czułem się podobnie jak w obecności Wojtyły. Otóż byłem kiedyś z moim kolegą Andrzejem Pilcem w Indiach i w Kalkucie poszliśmy z ciekawości do misji Matki Teresy. Tam można było swobodnie wejść i z nią porozmawiać. No więc usiedliśmy i zaczęła się rozmowa. Zapytała nas na początek: „ Dlaczego tutaj przyjechaliście?”. Już miałem na końcu języka: „ Dlatego, że niespecjalnie mieliśmy co zrobić z czasem, bo przyjechaliśmy do Kalkuty wcześnie rano, by przesiąść się do drugiego pociągu do Dardżyling, który odchodzi dopiero późnym wieczorem”. Na szczęście się opanowałem i powiedziałem szczerze: „ Z ciekawości”. „ O to bardzo dobry powód!” – zareagowała.” A skąd jesteście?” „ Z Polski”. „ Z Polski? My tam mamy dwa domy: w Zaborowie i w Katowicach, ale teraz, w maju będziemy otwierali jeszcze jeden dom, w Warszawie, i ja wtedy przyjadę”. Potem opowiadała nam o zakonie. Pozostało mi wrażenie, że rozmawialiśmy ze świętą. Doskonała kobieta.

I budząca kontrowersje. Krytykowano między innymi jej podejście do opieki madczynej w domach Zgromadzenia Misjonarek Miłości oraz przyjmowanie darowizn z podejrzanych źródeł.

Ja tylko mówię o moich wrażeniach ze spotkania z matka Teresą, nie o jej działalności. Tę trudno mi ocenić. Być może była zdecydowanie mniej święta, niż nam się wydaje.

Wróćmy więc do Karola Wojtyły. Zawsze robił na panu tak duże wrażenie?

Owszem, choć nie był moim przywódca duchowym.

Pewien profesor chemii, o podobnym do pańskiego światopoglądzie w kwestii religii, opowiadał mi o swoich pobytach w papieskiej letniej rezydencji w Castel Gandolfo, dokąd zapraszano naukowców na dyskusje z udziałem papieża. Ów uczony był z kolei pod wielkim wrażeniem tego, jak Jan Paweł II się modlił – całkowicie zatopiony w tej czynności, jakby przebywał w innym świecie.

Zgadza się. Wojtyła naprawdę się modlił, a każdą msze bardzo przeżywał. Wierzył w to, co robi. Nie można było tego nie zauważyć, kiedy uczestniczyło się w mszach świętych w jego prywatnej kaplicy. Pamiętajmy jednak, że on był kiedyś aktorem Teatru Rapsodycznego i to aktorstwo chyba szalenie mu pomogło. Wiem to po sobie, bo mam doświadczenia z Piwnicy pod Baranami, które ułatwiły mu prowadzenie wykładów i wszelkie inne wystąpienia. Staram się robić show, żeby publiczność nie zasypiała, i muszę nieskromnie powiedzieć, że na ogół mi się to udaje. Ale show ma służyć oczywiście głównie celowi, czyli w moim wypadku- najskuteczniejszemu podzieleniu się wiedzą z publicznością.

Po wyborze kardynała Wojtyły na papieża zapraszano pana do Watykanu na prywatne spotkania z Janem Pawłem II. Często pan tam bywał?

Za każdym razem, kiedy zatrzymywałem się w Rzymie – licząc od drugiego roku pontyfikatu Jana Pawła II – dostawałem zaproszenia na śniadanie albo kolację. Pewnie uzbierałoby się kilkanaście moich wizyt w Watykanie.

Jak to się odbywało?

Dzwoniłem do księdza Dziwisza, że jestem – sam lub z żoną – w stolicy Włoch. A potem zawiadamiano mnie, kiedy mogę przyjść. Jeśli przyjeżdżałem do Rzymu z Marysią, zapraszano nas razem. Jeśli było to śniadanie, braliśmy tez udział w porannej mszy. Powodowało to zabawne sytuacje, gdyż jako niewierzący podczas mszalnego rytuału naśladuję to, co wokół robią inni. I raz mi się trafiła kameralna, koncelebrowana msza wyłącznie z udziałem księży. Więc odruchowo robiłem to samo, co oni. Na szczęście w ostatniej chwili się powstrzymałem, bo już prawie zamieniłem chleb w ciało i wino w krew (śmiech). Zazwyczaj w takim śniadaniu, oprócz papieża i nas, uczestniczyła zakonnica oraz ksiądz Dziwisz lub drugi kapelan, ksiądz Mieczysław Mokrzycki, obecnie biskup lwowski. Czyli miałem okazję brać udział w bardzo kameralnych spotkaniach. Muszę jednak dodać, że te w porannej porze były cholernie męczące – należało wstać o szóstej rano, bo zaczynały się o siódmej. Później, na szczęście, zaczęto nas zapraszać już tylko na kolacje.

Jak dokładnie wyglądały takie spotkania, o czym się rozmawiało?

Jeśli przychodziłem razem z żoną, głównie pojawiały się wspominki z Krakowa. A Marysia, jak już mówiłem, ma wielka umiejętność prowadzenia rozmowy przyjemnej i lekkiej dla drugiej strony. Więc papież ciągle starał się pokazać, jak on pamięta o Krakowie, o różnych detalach, a pamięć miał fenomenalną. Wspominał na przykład obie moje córki, siostry mojej mamy, które pracowały w kurii. Czasami też mojego brata. Gdy pytał, co się dzieje w Polsce, to rozmawialiśmy dość konkretnie. Było widać troskę, ale żadnych enuncjacji. Zresztą nie byłem osobą, przed którą miałby się otwierać. Zwykle on zadawał jedno czy dwa pytania, bardzo różne, a później ogromnie uważnie słuchał. Czyli na ogół mówił mało, a dużo pytał.

Czuł się pan w trakcie tych spotkań swobodnie, żartowaliście?

Tak. On potrafił stworzyć taka atmosferę, że człowiek czuł się dobrze, choć z pełnym respektem. Zatem żadnych wygłupów w moim stylu nie robiłem. Najciekawsza rozmowa, która tam się odbyła, nastąpiła po tym, jak przybysz znikąd, czyli Stanisław Tymiński, dostał w pierwszej turze wyborów prezydenckich w 1990 roku więcej głosów niż ówczesny solidarnościowy premier Tadeusz Mazowiecki. „ Oni zrobili błąd, bo Wałęsa to nie jest taki człowiek, który może pójść w odstawkę, gdyż już wykonał swoje” – skomentował wtedy papież. Mówiąc „oni”, miał oczywiście na myśli część obozu solidarnościowego, która poparła Mazowieckiego i opowiedziała się przeciwko kandydaturze Wałęsy na prezydenta.

A co sądził o pańskim zaangażowaniu w działalność opozycyjną?

W czasie stanu wojennego główna myśl Wojtyły była taka, żeby nie doszło do rozlewu krwi. On wiedział, które rzeczy są nieodwracalne, a które odwracalne. Czasami pytał też o moje kontakty w Solidarności.
Natomiast pod koniec życia widać było, że odpuścił śledzenie spraw bieżących. Kiedyś w rozmowie ze mną stwierdził: „Ja właściwie nie muszę nic czytać o Polsce, bo wszystko mówi mi ksiądz Stasio”. Przeraziłem się, bo to oznaczało, że informacje, które do niego szły, były filtrowane przez księdza Dziwisza. Z drugiej strony trudno się dziwić, skoro Wojtyła był już wtedy schorowanym starszym człowiekiem.

Widział pan zatem również to, jak stawał się coraz bardziej niedołężny.

Intelektualnie był sprawny do naszego ostatniego spotkania, ale fizycznie rzeczywiście podupadł. Pamiętam doskonale taką scenę: przed kolacją prowadzono mnie zwykle do małego pokoiku znajdującego się obok jadalni. Był dość śmieszny, bo znajdowały się w nim różne dary dla papieża – między innymi ładny stary stolik z jakimiś mitologicznymi gołymi babami. Rzecz nie do pomyślenia u wiejskiego proboszcza (śmiech). No więc pewnego razu siedzę tam i słyszę zbliżający się stukot laski. Idzie papież i mówi: „ Widzisz, Jurku, muszę chodzić o lasce”. Z takim trochę zawstydzeniem to powiedział, bo zawsze był człowiekiem bardzo sprawnym fizycznie. Ale nie brzmiało to jednak jak skarga. Sądzę, że swoje cierpienia pod koniec życia wykorzystywał, żeby w pewien sposób wzmocnić współwyznawców. To jego stwierdzenie na krótko przed śmiercią: „ pozwólcie mi odejść do domu Ojca” powinno być dewiza wszystkich lekarzy. I czymś wbrew forsowanemu przez Kościół podtrzymywaniu życia za wszelka cenę.

Czy podczas tych prywatnych wizyt u papieża spotykał pan jakieś osoby z jego kręgu znajomych?

Na poranne msze święte często przychodziło bardzo wielu jego znajomych- duchownych i świeckich. Śniadania i kolacje odbywały się natomiast w kameralnym gronie. Pamiętam, że kiedyś na śniadaniu pojawiła się wielka przyjaciółka Wojtyły, Wanda Półtawska. I wygłosiła dłuższą mowę, jak to teraz w Polsce jest źle. Działo się to już za czasów III RP, więc się zdenerwowałem i powiedziałem: „Nie jest tak fatalnie w Polsce, jak to pani profesor przedstawia”. Pozostało mi z tego spotkania wrażenie, że jest to bardzo niesympatyczna pani.

Jakby ją pan scharakteryzował? Pytam, bo rzeczywiście była bardzo ważną postacią w życiu Jana Pawła II.

Trudno mi cokolwiek więcej o Półtawskiej mówić, gdyż poza tym jednym razem nigdy jej nie spotkałem. No i ja jestem facet od zwierząt, od szczurów, a nie od ludzi. (śmiech) Mogę więc tylko stwierdzić, że Półtawska wyglądała i zachowywała się wówczas antypatycznie.

A ksiądz Stanisław Dziwisz, obecnie już kardynał i metropolita krakowski? Jego znał pan długo, jeszcze z czasów, gdy Karol Wojtyła nie był papieżem. Utrzymuje pan z nim kontakt?

Nie. Z kardynałem Dziwiszem się nie widuję. Jakbym go opisał? Widziałem w nim zawsze empatie i życzliwość, a przede wszystkim ogromna fascynacje Karolem Wojtyłą. To był z pewnością jego najbardziej oddany człowiek. zapamiętałem go też z dawnych czasów po prostu jako dobrego, fajnego i szczupłego faceta, z którym się sympatycznie gadało. Był bardzo bystry. Zawsze też potrafił zauważyć mnie w tłumie.

Ale opowiem panu pewna ciekawa anegdotkę, również związana z Dziwiszem, a mianowicie o tym, jak kiedyś w Rzymie uratowałem Wojtyłę. W 1978 roku pierwszy raz pojechałem do stolicy Włoch na dłużej, czyli na jakieś trzy miesiące. Mieszkałem wtedy u mojego przyjaciela Adam Broża, prowadzącego haspicjum polskich kawalerów maltańskich. Adam poinformował mnie któregoś dnia, że będzie ciekawe spotkanie w kościele San Carlo ai Catinari. Miał tam pojawić się kardynał Wojtyła, który był wówczas człowiekiem od od rekolekcji dla papieża Pawła VI. Stoimy sobie na zewnątrz tego kościoła i rzeczywiście nadchodzi Wojtyła, a za nim kroczy ksiądz Dziwisz. I widzę, jak na ich drodze pojawia się hrabia Emeryk Czapski, szef kawalerów maltańskich, którego Wojtyła mocno nie lubił i starał się unikać ze względu na homoseksualizm Czapskiego. Nasz papież był bowiem w pewnym stopniu homofobem. I w tym momencie refleksem wykazał się ksiądz Dziwisz, który zauważył mnie wśród ludzi stojących przed kościołem. Chcąc uwolnić Wojtyłę od Czapskiego, szepnął mu: „O, tam jest pan Vetulani!”. Więc Wojtyła szybko odwrócił się i ruszył do mnie z radosnym „Jurek!” na ustach, zostawiając biednego hrabiego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *