Jesień życia

450px-Jerzy_Vetulani_fot_Lech_PolcynFragment książki „Król i błazen” – rozmowy Marcina Rotkiewicza z prof. Jerzym Vetulanim.

….Są dwa typy starzenia się, a wiem coś o tym nie tylko od strony praktycznej, ale i teoretycznej, bo sporo na ten temat wykładam. Pierwszy typ jest taki, że od około sześćdziesiątego roku życia zaczynamy kwękać i zjeżdżać po równi pochyłej. Drugi typ polega na tym, że praktycznie niewiele się zmienia, człowiek żyje dziewięćdziesiąt pięć czy sto lat, po czym choruje przez tydzień i szybko umiera.

Niedługo Pańskie osiemdziesiąte urodziny. Czy moglibyśmy porozmawiać o sprawie dość delikatnej i trudnej, czyli starzeniu się?
– Pyta mnie pan, co sądzę o starości?

Tak.
– Najkrótsza odpowiedź: o kurwa!!

A trochę szersza?
– Nie jest źle. Są dwa typy starzenia się, a wiem coś o tym nie tylko od strony praktycznej, ale i teoretycznej, bo sporo na ten temat wykładam. Pierwszy typ jest taki, że od około sześćdziesiątego roku życia zaczynamy kwękać i zjeżdżać po równi pochyłej. Drugi typ polega na tym, że praktycznie niewiele się zmienia, człowiek żyje dziewięćdziesiąt pięć czy sto lat, po czym choruje przez tydzień i szybko umiera. Mnie się wydaje, a przynajmniej mam nadzieję, że zaliczam się do tego drugiego typu. Wniosek z tego taki, że ze starością trzeba aktywnie walczyć. Na przykład syn kupił mi rowerek stacjonarny, na którym zasuwam co rano i w ogóle pilnuję, żeby się gimnastykować. Czyli ważne jest utrzymywanie formy fizycznej plus wysiłek intelektualny, na którego brak nie mogę narzekać. Oraz dieta czyli ograniczenie liczby przyjmowanych kalorii.

No właśnie, mam wrażenie, że jest pan ciągle zajęty. Praca na uczelniach, wykłady dla lekarzy, popularnonaukowe, blog, kabaret Gadający Pies…
– Gdybyśmy rozmawiali w 2013 roku, podałbym panu znacznie więcej miejsc pracy niż dziś. Bo ciągle jestem profesorem w pełnym wymiarze godzin w małopolskiej Wyższej Szkole im. Józefa Dietka. Wykładam tam psychologię z elementami neurologii studentkom kosmetolologii, mam też seminarium uzależnień. Ciągle pracuję na pół etatu w Instytucie Farmakologii PAN. Z kolei w Collegium Medicum od kilkunastu lat prowadzę zajęcia z neuronauki dla studentów z USA. Przewodniczę również sekcji neuronauki w Centrum Kopernika Badań Interdyscyplinarnych. No i rzeczywiście daje sporo wykładów w różnych miejscach, rocznie około pięćdziesięciu. Część płatnych, część wygłaszam pro publico bono. Nie od wszystkich wypada brać pieniądze. Na przykład bardzo mnie lubią lokalne uniwersytety trzeciego wieku.

Czy ma pan w ogóle wolny czas?
– Praktycznie bardzo mało, ponieważ spędzam go przed komputerem. Czytam oczywiście czasopisma naukowe. Na literaturę piękną nie mam specjalnie czasu, choć ostatnio skończyłem sagę Pieśń lodu i ognia George’a R.R. Martina. Z czytaniem będę miał spory problem z powodu postępującej jaskry. Ostatnio próbowałem czytać w samolocie i mimo silnej lampki nie dało się. To mnie bardzo martwi. Na szczęście tekst na ekranie komputera mogę jeszcze powiększyć, ale zamierzam kupić urządzenie odczytujące na głos teksty polskie i angielskie. Pamiętam, jak dziwiło mnie, gdy byłem w Ameryce, że bardzo popularny miesięcznik „Reader’s Digest” miał specjalne wydania dla starszych ludzi drukowane dużą czcionką . Teraz rozumiem jakie było to mądre. Pozostają jeszcze audiobooki. Niedawno wysłuchałem Cmentarz w Pradze Eco, a teraz jestem przy Crimen Hena. Wcześniej jeszcze w ten sposób poznałem Grę Endera Carda i pozostałe części tego cyklu. Oglądam też dużo nowych filmów, bo mój wnuk Franek informuje mnie dokładnie, na co i dokąd powinienem iść. W dodatku za rogiem mam kino Mikro. Z którym jestem bardzo zaprzyjaźniony. Jak pytam, czy mogę kupić bilet, to mi odpowiadają: „Nie pan nie może, pan może tylko za darmo”. To było stare kino milicyjne, które w 1984 roku otworzyli dla publiczności, a później powstał w nim klub filmowy.

Na czym ostatnio pan był?
– Jestem na bieżąco, bo widziałem Idę, Zniewolonego, Do szpiku kości, Bogów, Miasto 44, Whiplash i Dzikie historie. Oczywiście wcześniej musiałem też zobaczyć Nimfomankę (śmiech). Lubię Woody’ego Allena i jego ostatnie filmy: O północy w Paryżu i Zakochani w Rzymie. Podobało mi się także Wielkie piękno, czyli jakby Fellini na nowo. Widziałem również Więcej niż miód, cudowny reportaż o pszczołach. Poza tym ostatnio byłem w Krakowskim Teatrze Scena Stu na kilku genialnych spektaklach, na przykład monodramach Treli i przezabawnej sztuce Księżyc i magnolie.

A jak podobała się panu Nimfomanka?
– Trudny film, ale ciekawy. Opętanie seksem, niespełnione uczucie, godność bohaterki, która prowadzi do zabójstwa człowieka pragnącego jej pomóc. Tyle, że on niewłaściwie ocenił jej sytuację. Wśród licznych epizodów fantastyczna konfrontacja ze śmiercią człowieka, który sądził, że śmierci się nie lękał. Seks odgrywa główną role w tym filmie, ale z punktu widzenia osób zaglądających na strony pornograficzne w sieci – jest właściwie delikatny. Starość zatem nie rysuje się wcale tak ponuro, jeśli zachowa się odpowiednią aktywność. – Tak, choć oczywiście nie wszystko wygląda tak różowo. Gorzej jest na przykład z restrykcjami kalorycznymi, które próbuję nadrabiać czerwonym winem. Tylko też nie mogę za bardzo, bo jak wypiję
dwa kieliszki, to mi się znacznie gorzej pisze na komputerze. Jedną z niewątpliwie nieprzyjemnych stron starości jest strata seksu, choć tu wiele zmienia viagra, która umożliwia funkcjonowanie całkiem satysfakcjonujące dla obydwu stron. Z tym że jak kiedyś powiedział pewien mądry
profesor: „Twardym zrobić przyjemność – żadna sztuka; miękkim zrobić – to dopiero sztuka”. (śmiech)

Biorę też niestety spore ilości leków, więc żona nazywa mnie „Chemicznym Alim”. Bo tu muszę walczyć z podagrą, a tu pilnować ciśnienia. Niekiedy
też coś mi ucieka z pamięci. Pojawiają się również kłopoty ze snem, ale dzięki temu można popracować dłużej. I jeszcze jedna przykra rzecz: w lutym
2014 roku chyba po raz ostatni wdrapałem się na kopułę Bazyliki Świętego Piotra w Rzymie. To już jest dla mnie za duży wysiłek.

Praca umysłowa też pana szybciej męczy?
– Tu nie widzę problemu, bo jak czuję się zmęczony, to zdrzemnę się pół godziny i wracam do działania w dobrej formie. Taka drzemka w ciągu dnia, około południa, to doskonała regeneracja funkcji poznawczych. Pomagam sobie kawą i napojami energetyzującymi. Kiedy ostatnio byłem już sześć tygodni spóźniony z rozdziałem do książki o mózgu męskim i kobiecym, to o dziewiątej wieczorem usiadłem do pisania, a o ósmej trzydzieści rano praktycznie skończyłem. Potem tylko przespałem się dwie godziny i znów o dziesiątej trzydzieści zabrałem się do tekstu, a o szesnastej wysłałem gotowy rozdział do wydawnictwa. Ja bym chyba nie dał rady. – Bo pan nie ma doświadczenia, a ja mam sposoby wypracowane przez starego człowieka. Oczywiście po czymś takim muszę się ze dwa, trzy dni relaksować. Kłopot jest inny – ktoś, kto żyje tak długo jak ja, ma mnóstwo pozbieranej wiedzy i potem już nie wie, co jest jego a co czyjeś. Więc trochę boję się nieświadomego plagiatu, ale dochodzę do wniosku, że właściwie wszystko jest w pewnym sensie plagiatem. Ocena powinna więc zależeć od tego, czy to jest plagiat dobrze przetworzony, czy prymitywna kopia. Bo gdyby stosować rygorystyczne kryteria plagiatu, to trzy razy namalowano by szopkę bożonarodzeniową i to byłby koniec, gdyż wszystkie późniejsze obrazy Świętej Rodziny są, formalnie rzecz biorąc, plagiatami. Ze starością wiąże się jeszcze jeden problem, o którym mówił między innymi Kazimierz Kutz w jednym z wywiadów – nie sposób nadążyć za uciekającym, głównie technologicznie światem. U wielu starszych ludzi buzi to naturalny lęk, wynikający między innymi z tego, że przestają rozumieć, co się wokół nich dzieje, a różne gadżety elektroniczne są tajemniczymi urządzeniami, niedającymi się opanować.

Nie ma pan z tym problemu?
– Mnie ten postęp fascynuje, bo daje większe możliwości. Kłopot polega na tym, że plastyczność mózgu z wiekiem maleje. I rzeczywiście, jeśli nie nadążamy za postępem, pojawia się sprzeciw. Mogę być świetnym, subtelnym intelektualistą rozważającym problemy filozoficzne czy futurologiem, ale jeśli nie radzę sobie z obsługą komputera, to będę mówił, że nie znoszę tych maszyn i widział tylko ich negatywne strony. I będę twierdził, że więcej na tym wszystkim tracę, niż zyskuję.

/…/

Dałby pan jakieś rady ludziom wchodzącym w „jesień życia”?
– Nie jojczyć nad starością, tylko wykorzystywać wszystkie pozytywy. Czyli ogromne doświadczenie i rozwiniętą inteligencję emocjonalną. Wielkie rzeczy to jednak starsi ludzie osiągali i coś mi się zdaje, że jest na przykład mało wybitnych młodych filozofów. Bo stary grzybiarz, chociaż się zmęczy i dostanie zadyszki, znajdzie więcej grzybów niż młody. Warto też korzystać z przywilejów, które niesie starość, na przykład zazwyczaj nie muszę stać w tramwaju, bo ktoś mi ustąpi miejsca, ani płacić za bilet. No i bronić się przed starczą zgryźliwością. Ja na szczęście nie zdążyłem jej chyba nabyć. Ale życie jeszcze przede mną (śmiech). Różnie może być…

Z tematem starości, ale również nieuleczalnych chorób wiąże się gorąco dyskutowana kwestia eutanazji. Jakie jest pańskie zdanie w tej sprawie?
– Jestem zwolennikiem prawa do eutanazji. Mojemu synowi mieszkającemu w Holandii powiedziałem, że jak będzie ze mną źle, to przyjadę do niego i żeby mi tam wszystko spokojnie załatwił. Prawo do eutanazji to fundamentalna kwestia godności człowieka. Jedyna rzecz, która wzbudza wątpliwości: czy ono nie będzie nadużywane. Tylko, że takie zastrzeżenie może dotyczyć niemal wszystkiego. Nie podoba mi się też negatywny stosunek do samobójców w naszym społeczeństwie. Potem tacy ludzie, zamiast zejść z tego świata w cywilizowany sposób, skaczą z balkonów i jeszcze łamią kark wracającej z zakupów, Bogu ducha winnej sąsiadce, W ogóle nie mam poczucia świętości życia, choć rozumiem, że niektórzy ludzie za takie je uważają. Długoletnie podtrzymywanie przy życiu osób z ciężkimi, nieuleczalnymi defektami może wydawać się w wielu przypadkach beznadziejne i negatywnie rzutować na wszystkie aspekty życia pozostałych członków rodziny. Z drugiej strony: siedziałem kiedyś w Ameryce na lotnisku, a naprzeciw mnie dwie młode dziewczyny. W ich zachowaniu było coś dziwnego, ale nie wiedziałem co. W pewnym momencie jedna z nich zdjęła bucik, sięgnęła nogą do kieszeni, wyjęła pudełko z papierosami, drugą stopa wyjęła papierosa. To były oczywiście czasy, kiedy pozwalano palić na lotniskach. Te dziewczyny to były ofiary talidomidu, leku uspokajającego przepisywanego kobietom w ciąży, który, jak się okazało, wywoływał poważne deformacje u dzieci. Siedziały tak wesołe i rozmawiały.

A co by było, gdyby ktoś chciał je pozbawić życia na etapie wczesnego płodu?
Trudno więc czasami rozsądzić, z jakim defektem jednostka będzie mogła być szczęśliwa bądź nie.

/…/ Fragment książki „Król i błazen”
– rozmowy Marcina Rotkiewicza z prof. Jerzym Vetulanim przedrukowujemy za zgodą profesora.

Prof. Jerzy Adam Gracjan
Vetulani (ur. 21 stycznia 1936 w Krakowie) – polski psychofarmakolog, neurobiolog, biochemik, profesor nauk przyrodniczych, członek Polskiej
Akademii Nauk i Polskiej Akademii Umiejętności. Autor kilkuset prac badawczych o międzynarodowym zasięgu. Laureat Międzynarodowej Nagrody Anna Monika II klasy za badania nad mechanizmami działania elektrowstrząsu. Jeden z najczęściej cytowanych naukowców polskich w dziedzinie biomedycyny. Popularyzator nauki, przez ponad dwie dekady redaktor naczelny czasopisma „Wszechświat”. Osobowość sceniczna, konferansjer i jeden ze współtwórców Piwnicy pod Baranami. Działacz opozycji demokratycznej w okresie PRL, członek NSZZ „Solidarność”. Członek honorowy Indian Academy of Neurosciences, doctor honoris causa Śląskiego Uniwersytetu Medycznego i Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. Odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi i Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Zwolennik legalizacji marihuany i ogólnej depenalizacji narkotyków, krytyk represyjnej polityki narkotykowej w Polsce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *