Ostrowczanin oficerem policji w „mieście grzechu”

akson_2016_07_01_las_vegasRozmowa z pochodzącym z Ostrowca Świętokrzyskiego Marcinem Zemstą, który od 12 lat mieszka w Las Vegas.

Akson: Jak to się stało, że znalazł się Pan w tak niezwykłym mieście jak Las Vegas?
Marcin Zemsta: – W Ostrowcu chodziłem do Liceum im. St. Staszica. Miałem świetną profesorkę od angielskiego, która pewnego dnia powiedziała mojej klasie, że jest możliwość wyjazdu na wymianę. To mnie zainteresowało. Zdałem wymagane egzaminy. Wiązało się to też z kosztami. Dobrze, że rodzice mieli na to wtedy pieniądze. W północnej Kalifornii skończyłem szkołę średnią. Kilku moich nauczycieli chciało, żebym poszedł na studia. W Modesto
ukończyłem Junior College. Tam miałem jeszcze lepszych profesorów, którzy twierdzili, że powinienem kontynuować naukę. Dostałem pełne stypendium do UCLA, czyli University of California Los Angeles. To jest jedna z najlepszych szkół w Stanach. Skończyłem studia i pojechałem na tygodniowe wakacje do Las Vegas. Bardzo mi się tam spodobało, więc się przeprowadziłem. Pracowałem jako agent nieruchomości. Tuż przed załamaniem rynku amerykańskiego
usłyszałem, że amerykańska policja poszukuje kandydatów na oficerów policji. Dostałem się i tak od 10 lat trwa moja policyjna przygoda w Las Vegas Metropolitan Police Department.

Na czym polega praca policjanta w USA?
– Policjant w patrolu musi mieć cały czas na uwadze, aby wszyscy przestrzegali prawa. Oficer policyjny w patrolu zajmuje się wszystkim od A do Z. Dopiero później sprawy są kierowane do innych oddziałów. Oficer policji w Stanach jest takim człowiekiem renesansu – musi wszystko wiedzieć i ma bardzo szeroki zakres uprawnień i obowiązków.

Lubi Pan swoją pracę?
– To jest świetna, choć bardzo ciężka praca. Zdarzają się momenty, że przez kontakt z ludźmi zmienia się życie innych osób, których się już nigdy w życiu nie spotka. Często robi to na nich takie wrażenie, że pamiętają to do końca życia.

Mówimy o kwestii zaufania do funkcjonariuszy policji?
– Tak, chociaż są i tacy policjanci, którzy nie mają właściwego podejścia do tego co robią i potem cała reszta obrywa za to. W swojej pracy mam styczność z różnymi ludźmi, z takimi, którzy są naprawdę źli i z takimi, którzy popełnili błąd. A to jest wielka różnica.

Jak wyglądał Pana najmilszy i najgorszy dzień w pracy w policji?
– Najprzyjemniejszy dzień był kiedy razem z kolegą zorganizowaliśmy w jednej ze szkół podstawowych spotkanie z policją. Było około 900 dzieci. Dla nich przywieźliśmy policyjne psy, konie. Przyjechali także oficerowie na motorach. Było wspaniale. Chcieliśmy, aby dzieci mogły się spotkać z pracownikami policji i porozmawiać z nimi w miłej atmosferze.

A najstraszniejszy moment?
Była taka przykra sprawa, gdy straciliśmy dwóch oficerów przez dwoje ludzi, którzy nienawidzili policji i rządu.

Jak wygląda życie w Las Vegas?
– Mieszkam tu już 12 lat. To wspaniałe miasto, które nigdy nie idzie spać. To miejsce żyje 24 godziny na dobę. Większość sklepów, kasyna, hotele – to wszystko otwarte jest cały czas. Światła neonów, ekranów robią niesamowity efekt, że miasto w nocy wygląda jak w dzień. Można tu kupić wszystko, np. rybę złowioną tego samego dnia w Atlantyku. W Stanach mówi się, że Las Vegas to taki Disneyland dla dorosłych. Jest też inna nazwa tego miasta –
„Sin City”, czyli „miasto grzechu”, bo tam można dokonywać rzeczy legalnych i nielegalnych. Jest takie powiedzenie, że „co się zdarzyło w Las Vegas, to zostaje w Las Vegas”. Dlatego policja bardzo dba o to, aby to miasto było bezpieczne.

Ameryka dla większości Polaków zawsze była marzeniem. Zna Pan określenie „American dream”, czyli „sen o Ameryce”? Czy Pana wyjazd do USA był spełnieniem takiego snu?
– Tak, na pewno. Gdybym pomyślał 20 lat temu, że któregoś dnia będę pracował jako detektyw, jako policjant w policji w Las Vegas, to nigdy bym w to nie uwierzył. A jednak jeżeli człowiek czegoś naprawdę pragnie i nie boi się nad tym pracować, to wszystko jest możliwe. Jedną z charakterystycznych amerykańskich cech jest to, że jeśli się czegoś naprawdę chce i działa się w tym kierunku, to się do tego dotrze. Tak, teraz po 20 latach w Stanach muszę się zgodzić w stu procentach – to jest mój spełniony amerykański sen.

A teraz o czym Pan marzy?
– Marzę o tym, żeby ludzie byli dla siebie bardziej przyjaźni, bo niestety na świecie robi się coraz gorzej. Chciałbym, żeby ludzie byli dla siebie
tacy jak 30 lat temu, kiedy moja babcia potrafiła wziąć nas za ręce, przejść 15 kilometrów do naszych kuzynów żebyśmy mogli napić się herbaty i zjeść ciasto. A przede wszystkim żeby porozmawiać o tym jak kiedyś ludzie żyli, jak potrafili siąść na ławce i opowiadać sobie różne historie. Takiego czegoś już nie ma.

Gdzie widoczne są największe różnice w realiach życia w Polsce i w USA?
– Mnie najbardziej rzuca się w oczy… spokój w Polsce. Ludzie idą do pracy, wracają i są tacy wyciszeni. W Stanach jest pogoń za pieniędzmi, za tym żeby mieć więcej niż sąsiad. Ludzie nie mają takiego spokoju wewnętrznego. Tok życia w Ameryce jest bardzo szybki. Ludzie pracują więcej i dłużej, dostają krótsze urlopy. Mam wrażenie, że choć Polacy pracują za mniejsze pieniądze, to zdają sobie sprawę, że w życiu nie chodzi tylko o pieniądze. W Stanach ludzie bardziej gonią za pieniędzmi, chcą żyć lepiej, chcą mieć więcej i czasem za daleko to dochodzi.

Jakie są różnice w cenach między tymi dwoma krajami?
– W Polsce produkty w sklepach w odniesieniu do zarobków są o wiele droższe niż w Stanach. Podobnie paliwo. Samochody są tańsze w Polsce, ale też pensje są o wiele, wiele niższe niż w USA. Gdyby ktoś mnie teraz zapytał, czy chciałbym wrócić do Polski, to na pewno powiedziałbym, że nie. Moja praca jest ciężką pracą, ale jest wystarczająco dobrze płatna, że jest na pewno lżej żyć. Tam jest mój dom i tam chcę żyć.

Czy pierwsze kilkanaście lat życia w Polsce wpłynęły w znaczący sposób na Pana dorosłe życie w Stanach?
– Tak. Od lat moja pasja to naprawianie starych samochodów i sport. Mam grupę około 20 osób, z którą gram w siatkówkę plażową. Jest świetnie, bo to są bardzo fajni ludzie ze wszystkich branży świata, np. kapitan boeinga, szefowie działów techniki w kasynach, itd. I właśnie na moje życie, na styczność z innymi ludźmi wpłynęła muzyka,z którą w Polsce miałem bardzo dużo do czynienia.

Muzyka?
– Jak miałem 7 lat muzyki uczyła mnie w szkole podstawowej pani Katarzyna Zięba. Zacząłem jeździć na festiwale harcerskie – najpierw wygrana w ZDK w Ostrowcu, potem wgrana w WDK w Kielcach. Tak było kilka lat pod rząd. W czasie warsztatów piosenki harcerskiej, w konkursie na najlepszego solistę śpiewałem m.in. z obecną gwiazdą polskiej sceny Marią Sadowską. Wygrałem ten festiwal piosenką Pałasza „Latawiec”. Jak nagrywałem ten kawałek w Radiu Kielce miałem anginę. Pamiętam, jak któregoś dnia moja mama włączyła radio, a akurat była piosenka w moim wykonaniu. Nagrywaliśmy piosenki z zespołem „Kleks” w Kielcach, byłem na dwóch festiwalach w Warszawie. Na Kadzielni wygrałem konkurs piosenką Jacka Cygana „Zwariowane sam na
sam”. To była cudowna przygoda.

Zanosiło się na wielki talent muzyczny, karierę…
– Zanosiło się. Ale później miałem mutację i nie miałem już takiego głosu, który mnie by się podobał. I tak się skończyło śpiewanie. Ale to wszystko pokazało mi, że jest coś więcej niż szkoła, że jest muzyka, potem jeszcze sport… Człowiek musi czasem z tego życia skorzystać, czasem musi zrobić „stop” i zrozumieć, że nie tylko pieniądze są ważne.

Dziękuję za rozmowę.
Barbara Sęderowska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *