Tajemnice tatarskiej jazdy

Przez kilka stuleci prawdziwą zmorą narodu polskiego byli Tatarzy. Ich niespodziewane „wizyty” w granicach Rzeczpospolitej pozostawiały po sobie zgliszcza, śmierć i spustoszenie. Lud który plądrował nasz kraj, zamieszkiwał Półwysep Krymski i część Dzikich Pól. Byli perfekcyjnymi rabusiami. Najważniejszymi zasadami, którymi się kierowali była grabież, branie młodych ludzi w jasyr, mordowanie i pozostawienie za sobą spalonej ziemi. A robili to tak, aby uniknąć walki z regularnymi wojskami.

Życie każdego Tatara nierozerwalnie było związane z koniem. Czym był dla niego koń? Wszystkim – środkiem transportu, towarzyszem walki, chodzącą spiżarnią i kuchnią polową. Już od narodzin mieszkańcy dzikich stepów uczyli się obcowania z wierzchowcami. Konie te nie odznaczały się szczególną urodą. Były małe, obrośnięte gęstym futrem i miały paskudną budowę. Ale to wszystko nie miało znaczenia w porównaniu z ich niezwykle ważnymi cechami. A były to: nieprzeciętna wytrzymałość na wszelkie trudy i fakt, że jadły to co rosło na ich drodze.

W wieku XVI i XVII, żadna inna armia Europy nie dorównywała Tatarom w szybkości organizowania wypraw łupieżczych. W tamtych czasach niespotykanym zjawiskiem było to, z jaką prędkością te dzikie ludy przemieszczały się z miejsca na miejsce. W ciągu jednej doby potrafili pokonać odległość nawet 300 kilometrów! Podczas gdy przeciętna prędkość przemarszu regularnych wojsk krajów europejskich wynosiła około 40 kilometrów na dobę.

Tajemnica ich szybkości tkwiła w tym, że każdy uczestnik wyprawy zabierał ze sobą kilka koni. Jeśli koń zaczął słabnąć to jeździec nawet w galopie przeskakiwał na wypoczętego konia, który biegł obok luzem. Według zapisków wojska Dzikiej Ordy potrafiły bez żadnego odpoczynku jechać nawet 20 godzin.

Do dziś trwają spory co do liczebności armii tatarskiej. Ale uwzględniając wszystkich, czyli wojowników, sług, kobiety i dzieci powyżej 12 roku życia, przyjmuje się, że w XVII wieku była to liczba około 100 000. Zważywszy na to, że każdy z uczestników miał ze sobą kilka koni, armia ta sprawiała wrażenie czterokrotnie większej. Taki widok budził w ludziach potworną panikę i przerażenie. Był to jeden atutów jazdy tatarskiej, dzięki któremu byli niezniszczalni i przez kilkaset lat nie dali się rozgromić żadnej obcej armii. Zauważyć trzeba, że mieszkańcy stepów znad Morza Czarnego byli wytrzymali na głód, wszelkie niewygody, chłód i deszcze. Obywali się bez taborów, a cały swój dobytek troczyli do siodeł.

Głównym orężem Tatarów były łuki. Posługiwali się nimi perfekcyjnie. Jednak brak pancerzy i broni palnej nie pozwalał im na obleganie i zdobywanie twierdz oraz umocnionych grodów. Ich konie nie były przywykłe do huku wystrzałów muszkietów i dział, więc łatwo się płoszyły i ponosiły swoich jeźdźców. Dlatego unikali starć z wrogiem uzbrojonym w broń palną i już po pierwszym wystrzale salwowali się ucieczką. Główną metodą walki było wciąganie wroga w zasadzki.

Trudne, wręcz spartańskie warunki w jakich żyli i walczyli Tatarzy spowodowały wytworzenie szczególnych metod odżywiania i przygotowywania posiłków. Jedzenie, które pakowali na drogę, było tak rozmieszczone na koniu, aby mogli sięgać po nie nawet w czasie wielogodzinnej jazdy. Na każdą wyprawę zabierali sajdaki wypełnione kaszą gryczaną sparzoną w mleku, a potem uprażoną w maśle. Pod siodła kładli plastry świeżego mięsa, głównie końskiego. I tak do Polski przywędrowała kasza tatarczana i surowe mięso tatarem zwane. Ale
to już temat następnej opowieści…

Barbara Sęderowska
Krzysztof Dyk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *