• Zapraszamy

Jestem w domu

akson_grudzien_3_2016_jestem_w_domu_grigor_szaginian25 lat temu Grigor Szaginian* kupił bilet w jedną stronę i zamienił adres w Erywaniu na nowy, w Ostrowcu Świętokrzyskim. – To była dobra inwestycja. Dziś przekraczając granicę Polski za każdym razem oddycham z ulgą – przyznaje.

Urodził się Pan na Ukrainie, by już rok później wraz z rodzicami wrócić do Armenii.

– Urodziłem się w Dniepropietrowsku. W czasach Związku Radzieckiego absolwenci wyższych szkół mogli wyjeżdżać i pracować na terenie całego ZSRR. Tam mój ojciec spotkał moją mamę. Tam przeżyłem najbardziej beztroski pierwszy rok swojego życia.

W Erywaniu skończył Pan studia, założył rodzinę.

– W stolicy Armenii mieszkałem do 1981 roku, tam też skończyłem ordynaturę. To coś, co nie ma swojego odpowiednika w Polsce. Czas już po studiach, a przed doktoratem, wypełniony pracą na uczelni. Ordynatura nie daje obrony pracy doktoranckiej, podnosi poziom przygotowania teoretycznego lekarza. Pracę znalazłem w niewielkim mieście Kapan, położonym na granicy z Azerbejdżanem. Przepiękne tereny, góry, lasy, dzikie zwierzęta przychodzące m.in. z Iranu… Już w latach studenckich miałem antybolszewicki i antykomunistyczny charakter, więc władze próbowały mnie schować, a najdalej położony szpital psychiatryczny był właśnie w Kapanie. Tam przepracowałem sześć lat. To był biedny, głodny okres, bo pensji wystarczało na krótko. Podziękowania dla lekarzy także były rzadkością, choć zdarzało się dostać bimber czy koguta.

Później – zaraz po trzęsieniu ziemi, które zabiło co najmniej 25 tys. ludzi i spowodowało ogromne zniszczenia – znalazł się Pan w Leninakanie.

– Do Erywania wróciłem, gdy zaczęła się wojna ormiańsko-azerska. Chwilę później miało miejsce trzęsienie ziemi w Leninakanie. Pracowałem z mieszkańcami, którzy przeżyli. Wyjeżdżałem do Leninakanu w każdy poniedziałek i przez cały tydzień mieszkałem w blaszanym wagoniku. W nocy temperatura spadała do -20, -30 stopni. Na weekend wracałem do rodziny. Po dwóch latach zrezygnowałem. Wówczas na poważnie zaczęliśmy myśleć z żoną o emigracji. W 1989 roku pojechałem po raz pierwszy na wycieczkę do Polski.

Dlaczego akurat do Polski?

Początkowo chciałem się wybrać do Bułgarii, ale władze uczelni, a później szpitala w którym pracowałem otwarcie i kategorycznie powtarzali, że nigdy za granicę mnie nie puszczą.

Nie przewidzieli upadku Związku Radzieckiego…

– Do 1988 roku wyjechać można było tylko dostając pozytywną opinię prokomunistycznych związków zawodowych i sekretarza partii. Bez tego nie było szans. W 1988 roku to się zmieniło. Wówczas dużo Polaków przyjeżdżało do Armenii. Niemal wszyscy wtedy handlowali. Turcja, ZSRR, Jugosławia… Polaków można było spotkać wszędzie. W Armenii poznałem kilka rodzin polskich, pomagałem im kupować młynki, złoto, buty. Jedna z nich zaprosiła mnie do siebie, do Ostrowca Świętokrzyskiego. Miasto skromne, ale to była zagranica, choć bliska, bo mentalność Polaków jest podobna do kaukaskiej. Są otwarci, temperamentni, życzliwi, zdolni do ryzyka. Nigdy nie doświadczyłem żadnej nieżyczliwości, niechęci czy ksenofobicznych zachowań. Wie Pani z czym wracałem do Armenii?

Trudno mi powiedzieć, co w tym czasie mogło być na tyle atrakcyjne.

– Z materiałami „Solidarności”: plakatami, gazetami… Jechałem przez Moskwę, a tam wielu moich kolegów na nie czekało. „Solidarność” była na topie, wszyscy o niej mówili. Mazowiecki to było najbardziej znane nazwisko. Cała inteligencja w Gruzji, Rosji, Armenii była zachwycona „Solidarnością”. Nie wiem co by się stało, gdyby celnicy sprawdzili mój bagaż. Rok później raz jeszcze przyjechałem do Ostrowca i jeden z tutejszych lekarzy dr Stefan Wiśniewski zaproponował mi przeprowadzkę i pracę. Wróciłem do domu, porozmawiałem z żoną… Sprzedaliśmy mieszkanie, oddaliśmy długi i w sierpniu 1991 roku przyjechaliśmy do Polski.

Co o tym przesądziło? Kwestie ekonomiczne?

– Nie tylko. Już od lat 80. myśleliśmy z żoną o emigracji do USA czy RPA, ale granice były zamknięte i mogliśmy tylko marzyć. Możliwość wyjazdu do Polski pozwoliła bardziej realnie pomyśleć o emigracji. Do 1988 roku w Armenii rządzili komuniści, a ja byłem antybolszewikiem, antykomunistą. Pod koniec lat 80. do władzy doszły siły nacjonalistyczne, a ja nigdy nie byłem nacjonalistą. Znów stałem się drugim gatunkiem. I kiedy teraz mi mówią, że jestem „drugim sortem”, to mnie to przeraża. Zaczynam się zastanawiać czy nie zacząć się uczyć języka włoskiego lub hiszpańskiego…

Do Ostrowiec Świętokrzyskiego przyjechaliście Państwo w 1991 roku. Jak wspomina Pan ten czas, pierwsze lata przemian w Polsce?

– Ten ferment, dążenie do wolności wciąż jeszcze istniało. To było fajne, mobilizujące do działania. Dziś już nie czuje się tego ducha wolności. Może on się budzi wtedy, kiedy przekraczamy pewien poziom krytyczny? Tego mi brakuje. Widzę dziś w społeczeństwie zmęczenie, apatię i tęsknię za atmosferą przełomu lat 80 i 90.

Jakie były Państwa początki w Polsce? Czy trudno się było odnaleźć, zaaklimatyzować?

– Nie chciałbym raz jeszcze tego przeżywać. Do Polski przyjechaliśmy z 10 dolarami. Było trudno. Pomagali nam znajomi. Nie mogę mówić bez wzruszenia o pierwszych miesiącach naszego pobytu. Mieszkaliśmy w budynku bez ogrzewania. To był defekt, o którym właściciel nie wiedział wyjeżdżając za granicę i zostawiając nam klucze. Tłoczyliśmy się w małym pokoiku ogrzewanym niewielkim grzejnikiem, a w pozostałej części domu było ok. 4-6 stopni. 6 grudnia dzieci wróciły ze szkoły z płaczem. Ich koledzy dostali prezenty, a ja nawet nie wiedziałem, że to Mikołajki, u nas takiego święta nie było. Powiedziałem im wtedy, że Mikołaj na pewno ich szukał, ale trudno było mu trafić. I nagle wieczorem ktoś zapukał do drzwi… Na progu stał mój przyjaciel Józef Grabowski z wielką torbą prezentów. Wielu ludzi złożyło się wówczas i kupiło słodycze, jakieś drobnostki… Takiej pomoc doświadczaliśmy cały czas. Ktoś przyniósł ziemniaki, inny kapustę, ktoś znalazł pracę… To był trudny okres: trzeba się było nauczyć języka, poszukać jakiekolwiek zatrudnienia. Pracowaliśmy z żoną w polu i w szklarniach. Po roku pojechałem do izby lekarskiej starać się o zezwolenie na pracę, poproszono mnie o paszport. Miałem radziecki, a ZSRR już nie istniało. Nie posiadałem też karty stałego pobytu. Gdy okazało się, że jestem Ormianinem usłyszałem, że mój naród przysłużył się Polsce i królom polskim. I dostałem to pozwolenie.

Odwiedzacie Państwo Armenię?

– Bardzo rzadko. Armenia wywołuje u mnie smutne wrażenie. Przepaść między bogatą stolicą a biedną prowincją jest ogromna. Armenia cały czas jest w stanie blokady transportowej. Jedyne połączenie drogowe odbywa się przez Gruzję. Można też do Erywania dolecieć.

Czego brakuje Państwu najbardziej?

– Przyjaciół! Armenia to państwo, które jest na emigracji. Około 70 proc. Ormian żyje w diasporze. Kiedy myślę o Armenii widzę swoje podwórko i przyjaciół. Ale już za chwilę ze smutkiem sobie przypominam, że ich już tam nie ma. Mieszkają w RPA, USA, Francji, Niemczech, Rosji. W Armenii zostało niewielu.

Kim są ludzie, którzy nie decydują się na emigrację?

– To osoby związane z ojczyzną, które nie wyobrażają sobie życia w innym miejscu. Są tacy, których nie stać na wyjazd lub boją się zaryzykować. I tacy, którzy wiedzą, że jeśli i oni wyjadą, to Armenia przestanie istnieć. Turcja tylko czeka aż znikną bazy rosyjskie lub zacznie się chaos polityczny. To państwo ze wszystkich niemal stron otoczone jest przez wątpliwych przyjaciół.

Trudna historia i bieda z jednej strony, a z drugiej arcydzieła materialnego dziedzictwa: rękopisy, starodruki, pasy kontuszowe, militaria, chaczkary… Jak to się dzieje, że kraj, który doświadczył tak dużo zła był w stanie wytworzyć i ocalić przed zniszczeniem takie piękno?

– Uzasadnienia można próbować szukać w psychologii. Najbardziej twórczy jest człowiek głodny. Tym bardziej, im trudniejsze jest jego życie, im więcej ma problemów. Jeśli duch narodu nie zostanie złamany, to będzie on w stanie stworzyć arcydzieła: w sztuce, muzyce, nauce, nowych technologiach. Mówi się, że co nas nie zabije, to nas wzmocni. I tak jest z narodem ormiańskim, który był tyle razy okradany z ziemi, bity, a za każdym razem stawał na nogi, tworząc coś pięknego. Nie tylko w samej Armenii. Emigracja ormiańska wpłynęła pozytywnie także na kulturę polską.

Decyzja o emigracji musi być niezwykle trudna…

– Wyjeżdżając wiedzieliśmy, że to na zawsze. Nie mieliśmy do czego wracać. Nie mieliśmy już domu, pracy. Kupiliśmy bilet w jedną stronę. Dziś Polska jest moją ojczyzną, tu jest moja rodzina, przyjaciele, praca. Przekraczając granicę za każdym razem oddycham z ulgą: jestem w domu.

Rozmawiała Monika Rosmanowska

* Inspiracją do rozmowy z Grigorem Szaginianem stała się wystawa „Warsztat ormiański – kunszt detalu, prezentowana w Muzeum Dialogu Kultur, oddziale Muzeum Narodowego w Kielcach od 6 grudnia 2016 r. do 12 marca 2017 r.

 

akson_grudzien_3_2016_jestem_w_domu_grigor_szaginian

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • Poniżej obszaru tresci