Jak onegdaj na staropolskich kuligach bywało

Dawniej nieodłącznym elementem karnawału były kuligi. Organizowała je zarówno magnateria, szlachta jak i chłopstwo. U najbogatszych rodów hasłem do kuligu było wysyłanie umyślnego przebranego za arlekina do innych siedzib magnackich. Ów wesoły posłaniec wyposażony był w „krzywułę”, czyli drewnianą laskę zakończoną kulą. Ze względu na oną kulę laskę tą nazywano „kulig”. Aż w końcu nazwa stała się synonimem radosnej i szalonej sanny. Na początku imprezy wybierano starostę, który pełnił rolę wodzireja i dbał o to, aby każdy znakomicie się bawił. Starosta wymyślał konwencję kuligu. Mógł to być na przykład cygański tabor, chłopskie wesele czy zbójecki zagon. W związku z tym uczestnicy musieli przebrać się w odpowiednie stroje i zabrać stosowne rekwizyty. Starszyzna i damy rozsiadali się wygodnie w saniach wymoszczonych sobolimi i niedźwiedzimi futrami. Kawalerowie w czasie kuligu jechali wierzchem.

Przebierali się ludzie, przebierano też konie. Nakładano im pióropusze, malowano grzywy w pstrokate barwy, okrywano złotymi czaprakami. Do uprzęży przyczepiano najprzeróżniejsze dzwoneczki i janczary. Zaprzęgi bywały trzy-, cztero- lub sześciokonne. Za najbardziej klasyczne uważano „szpicę”, czyli cztery konie idące jeden za drugim. Taka wesoła kawalkada zatrzymywała się w wyznaczonym wcześniej malowniczym miejscu. Czekał tam na nich gorący bigos oraz rozgrzewające napoje. Atrakcją każdego kuligu była kapela, a czasem nawet kilka. Po przejażdżce wracano do pałacu, gdzie bawiono się do białego rana.

Mniej zamożna szlachta również miała swoje kuligi, które wyglądały troszkę inaczej. Skrzykiwało się kilku sąsiadów, pakowali swe szacowne matrony na sanie i ruszali objeżdżać okoliczne dwory. Bywało, że staroszlachecki kulig puścił niejednego biedniejszego pana brata z torbami. Niespodziewanie zajeżdżano do pierwszego napotkanego po drodze dworu, gdzie jedzono i pito do wyczerpania zapasów. Staropolska gościnność nakazywała przyjąć i ugościć uczestników tego „najazdu”. Była to sprawa honoru i reputacji gospodarza. Gdy już wszystko zostało wyżarte i wypite, brano nieszczęsnego gospodarza z całą jego familią i z radosnym śpiewem ciągnięto do następnego, niczego niespodziewającego się sąsiada. Taka wizyta niejednokrotnie była gorsza od najazdu Tatarów.

Swoich panów naśladowali chłopi. Kulig włościański wyglądał zgoła inaczej. Kawalerowie z jednej wsi umawiali się wspólnie, zaprzęgali konie do sań i jeździli od chałupy do chałupy porywając panny. Kiedy wszystkie sanie wypełnione były rozbawioną młodzieżą, cała kawalkada zajeżdżała do karczmy. Tam śpiewano i tańczono. W tej wesołej atmosferze kojarzyło się wiele par.
Staropolskie kuligi były inspiracją dla malarzy, poetów i pisarzy. W wielu dziełach opisany i uwieczniony został ów nigdzie indziej niespotykany klimat niezwykłej gościnności, serdeczności i spontanicznej zabawy.

Najsłynniejszy kulig w dawnej Polsce miał miejsce 20 stycznia 1695 roku. Jego przebieg znamy z opisu Ludwika Klermonta, sekretarza królowej Marysieńki. Na czele kawalkady jechało konno 24 Tatarów. Za nimi 10 sań czworokonnych wiozących wszelkiej maści muzyków. Za tą różnorodną orkiestrą jechało 107 sań zaproszonych gości. Uczestnicy tej słynnej sanny okryci byli perskimi kobiercami, lamparcimi i sobolimi futrami. Sanie zaprzężone były w konie strojne w pióra, czuby i kokardy. W każdych saniach siedziało po kilka osób obojga płci, a obok sań młodzież harcowała konno. Kawalkadę zamykały sanki w kształcie pegaza, z których młodzieńcy rozrzucali przygotowane wcześniej wiersze. Paradę kończył oddział dragonów. Trasa orszaku wiodła m.in. przez siedziby tak znamienitych rodów, jak: Potoccy, Sapieżyńscy, Radziwiłłowie i Lubomirscy. Na koniec wszyscy dotarli do Wilanowa, gdzie para królewska przyjęła gości z iście monarszym rozmachem. Zabawa trwała do późnej nocy, po czym orszak w świetle 800 pochodni powrócił do Warszawy.

Idea kuligów przetrwała do współczesnych czasów. Dziś niemal każdy szanujący się pensjonat w swej ofercie posiada organizowanie sanny. Niestety zdarzają się też nieodpowiedzialne osoby, które urządzają kuligi za samochodami lub traktorami, co całkowicie kłóci się z klimatem tej starej i pięknej tradycji. Ponieważ kulig zawsze nierozerwalnie związany był z końmi.

Barbara Sęderowska
Krzysztof Dyk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *