Kaczka na basenie, wróbel na talerzu

Zawsze chciałem jechać na Morawy. Nie mam tu bynajmniej na myśli szpitala psychiatrycznego w Morawicy, przez świętokrzyskich scyzoryków Morawami właśnie zwanym.  Na zdrowie psychiczne póki co nie narzekam, a i z fizycznym jako tako sobie radzę stosując  medycynę pasywno-defensywną – omijam lekarza, a z grypą toczę samodzielną, bohaterską walkę, która zwykle kończy się moim spektakularnym zwycięstwem.

Pojechałem więc na Morawy. Na czeskie Morawy oczywiście. Podróż to była nadzwyczaj krótka, bowiem wyruszyliśmy z miasta Cieszyn, które, jak powszechnie wiadomo, stoi dumnym rozkrokiem pomiędzy ziemią polską i czeską. Już w Cieszynie, będąc na jego polskiej stronie, nie mogłem się powstrzymać i wyskoczyłem na drugą stronę rzeki Olzy, żeby odwiedzić kultowy lokal „U Huberta” i złapać pierwszy łyk czeskości. Mieliśmy jednak dotrzeć na Morawy, a więc w drogę. Po trzech godzinach deszczowej jazdy przez Frydek-Mistek i Brno dotarliśmy do Mikulova – jednego z najważniejszych miast czeskich Moraw, które szczęśliwie leży tuż przy austriackiej granicy. Mikulov mijają Państwo po swojej lewej ręce pędząc najczęściej na południe Europy, aby zanurzyć się w turkusowej toni Adriatyku. Tędy bowiem biegnie najbardziej popularna trasa prowadząca mieszkańców południowo-zachodnich stron naszego kraju na Chorwację. Dlatego właśnie większość z nas (z nich) kojarzy Mikulov z majaczącym gdzieś w oddali zamkiem na wzgórzu i białymi kapliczkami zawieszonymi pod błękitnym niebem. Dla większości podróżujących tą trasą, Mikulov to dobry przystanek na zrobienie zakupów w Billi, której blaszana żółć przyciąga turystów niczym lep na muchy. A wystarczy skręcić obok Billi w lewo, żeby znaleźć się w uroczym mieście, które dla mnie jest kwintesencją Czech, esencją Moraw.

Miasto jest w sam raz. Nie za duże, nie za małe. Z niezwykle uroczym ryneczkiem pełnym dobrych knajp, z których można się delektować widokiem górujących nad miastem wzgórz i pagórków. Nie ma tłumów turystów, którzy przepychają się łokciami w wyścigu po lepszy leżak lub darmową porcję lodów w gałkach. Dlatego zdecydowaliśmy się spędzić tam blisko tydzień, pomimo zapewnień moich szanownych kolegów, że jedyną rzeczą, dla której warto się tam zatrzymać jest wspomniana wyżej Billa. Otóż błąd. Jest tam dużo więcej. Jest majestatyczny zamek górujący nad miasteczkiem, Święty Pagórek (Svaty koperek), na którym znajdują się cztery XVII i XVIII wieczne kapliczki, a z którego rozpościera się fenomenalny widok na okolice, jest sporo zabytków żydowskich, mnóstwo gastronomicznych przybytków oraz winnice i winiarnie! Tak! Czechy to nie tylko europejskie królestwo piwa. Na Morawach, w okolicach Mikulova właśnie, istnieją idealne warunki to hodowli winorośli, z czego wielu mieszkańców tej miejscowości chętnie korzysta. Traw chciał, że zatrzymaliśmy się w pensjonacie rodzinnym Państwa Frolich, którzy okazali się być producentami nie tylko domowej roboty piwa marki Mamut, ale także wybornego białego wina szczepu Ryzlink vlassky. Nie muszę chyba mówić, że z domowej wytwórni Państwa Frolich ucieszyłem się bardziej niż mój syn na wieść, że w czeskiej telewizji też jest Spongebob Kanciastoporty…tylko po czesku.

A propos syna. Obejrzawszy już wszystkie odcinki rzeczonego serialu o żółtej gąbce, zobaczywszy już wszystkie historyczne atrakcje Mikulova i okolic (wbrew swojej woli) oraz odwiedziwszy kilkanaście knajp, barów i restauracji, w których smakowaliśmy tego, co dla Morav najbardziej charakterystyczne (wbrew swojej woli), nasz syn zażyczył, sobie, aby tym razem spełniono jego wolę i dostarczono mu garść nieco ciekawszych rozrywek. Chciał iść na basen mianowicie. Spodziewaliśmy się i tego, więc już godzinę później byliśmy w drodze do pobliskiego mega-, hiper-, super- Aquaparku w miejscowości Pasohlavky, oddalonej od Mikulova o kilkanaście kilometrów. Ku uciesze pięciolatka, kolos Aquapark Moravia oferował wszystko czego dzieciak oczekiwał – baseny różnych rozmiarów i głębokości, zjeżdżalnie wszelkich długości i kątów nachylenia, sikające wodą pistolety, lodowe desery, żelatynowe słodycze i wszystko to, co potrzebne, aby mały człowiek doznał wreszcie uczucia ulgi i szczęścia niczym Piotr Żyła, otwierający butelkę Budweisera po konkursie w Harrachovie.

Lecz nie samą wodą człowiek żyje. Jeść też coś trzeba. Szczęśliwie kierownictwo Aquaparku w Pasohlavkah pomyślało i o tym. W tym samym obiekcie działa bowiem restauracja-bufet, która pozwala swym gościom na spożycie rodzinnego posiłku w kąpielówkach, a tym samym rychły powrót do chlorowanej toni.  Jakież było moje zaskoczenie, kiedy spostrzegłem, że nie oferują tu kawałków odgrzewanej pizzy, hot-dogów czy frytek, a kacze udko! To nie żart – daniem dnia była pyszna, krucha kaczuszka w towarzystwie bramborovych (ziemniaczanych) knedli i sałatki z czerwonej kapusty, a wszystkie te dobrodziejstwa podano nam do spożycia na basenie! Siedząc w mokrych portkach na plastikowym stołku i pałaszując zapalczywie posiłek będący majestatycznym pomnikiem czeskich Moraw, miałem poczucie, że popełniam tu profanację. Rozejrzałem się jednak dookoła, aby upewnić się, że to nie żarty i że za chwilę nie wyskoczy ktoś z kamerą i okrzykiem „mamy cię”! Wszyscy biesiadnicy byli mokrzy, woda kapała im z wąsów, z włosów (długich z tyłu i krótkich na przedzie) czół i kąpielówek, podłoga była mokra niczym Zbigniew Chlebowski, a jednak jedli kaczkę. Czułem się niezręcznie, bo majestat kaczki sprawił, że czułem się jakbym jadł lunch z Havlem czy Hrabalem, a jednak wciąż siedziałem w gaciach na basenie.

To doprawdy niesłychane, że w zasadzie w każdym miejscu tzw. turystyki masowej, spotkać można w Czechach same klasyki sztuki kulinarnej i to nie tylko w postaci kaczego udźca. Inną sztandarową potrawą tych stron jest np. vepřový vrabec (dosł. wieprzowy wróbel), czyli duszona w sosie własnym wieprzowina z knedlami otoczona kapustą, co daje wrażenie jakoby rzeczony wróbel siedział w środku swego gniazda i czekał na swą własną konsumpcję. Innym klasykiem jest svíčková na smetaně czyli polędwica wołowa w sosie śmietanowym, obowiązkowo z knedlami bułczanymi lub ziemniaczanymi podana, a często przybrana plastrem cytryny z kleksem śmietany i żurawiną, co daje efekt podobny do palącej się świeczki, co z nazwą nie ma jednak nic wspólnego. Sveckova to po czesku po prostu polędwica. Właściwie wszędzie można dostać też cesnekovą polevkę, czyli zupę czosnkową z grzankami.

Dlaczego w naszym, równie uroczym kraju, nie podaje się nam naszych pysznych klasyków tam, gdzie najchętniej byśmy je chcieli spałaszować? Gdzie? No wszędzie: na festynie, w budzie na rynku, parku rozrywki czy basenie chociażby. W mym kochanym świętokrzyskim mieście dość często korzystam z przyjemności uczestnictwa w jednych z miejskich zabaw organizowanych cyklicznie z okazji dni miasta, dni ziemi, czy dni podziemia. W czasie ostatniej takiej imprezy, na którą wybrałem się z nieodpartą ochotą reinterpretacji słów piosenek o białych łabędziach i żółtych tulipanach oraz wypicia piwa pod parasolem, poczułem ogromne pragnienie konsumpcji czegoś w stanie nieciekłym. Piosenka o łabędziach wygrywana coraz głośniej ze sceny przez disco-kapelę przywołała mi na myśl wspomnienia o innym ptactwie – morawskiej kaczce i „wieprzowym wróblu”. Ku mojemu przerażaniu, jedynym festynowym lokalem okazał się van aspirujący do miana foodtrucku, w którym nabyć można było wyłącznie: hot-doga, frytki i bigos. Zgroza. Przeszła mi przez chwile pruderyjna myśl, aby zamówić bigos z frytkami, ale szybko pomyślałem, że nie jestem gotów na takie gastryczne szaleństwa. Zapasy wariactwa na ten dzień i tak już wyczerpałem decydując się na wysłuchanie bisu w postaci popularnej pieśni o tym jak to jakaś ona tańczy dla mnie (lub dla niego). Nie mogłem jednak przestać sobie zadawać pytania: dlaczego nie można tu kupić flaków, kopytek, gulaszu, dobrego schabowego z kapustą, żurku, łazanek, grochówki, czy chociażby gołąbków? W końcu to też ptactwo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *