Nowe szaty „kołchoźnika”

Starsi ludzie zapewne pamiętają jak to w czasach tuż po wojnie posiadanie odbiornika radiowego było rzadkością z powodu konfiskaty tego wynalazku przez okupanta, który groził nawet karą śmierci za jego ukrywanie. Pierwsze powojenne odbiorniki pochodziły wówczas z tzw. „szabru” czyli z wycieczek na tereny Ziem Odzyskanych. Tam też przejęliśmy fabryką „Telefunken” w Dzierżoniowie i wznowili produkcję radia o nazwie „Pionier”, który z powodu ograniczonych mocy produkcyjnych był rarytasem na rynku. Toteż aby lud pracujący miast i wsi miał dostęp do informacji radiowych wybudowano sieci radiowęzłów i każdy kto chciał miał zainstalowany w domu głośnik zwany w potocznej mowie „kołchoźnikiem”, jako że wzór szedł z ZSRR, gdzie był powszechny, zwłaszcza w kołchozach. Stąd ta trochę ironiczna nazwa. Wszelako „kołchoźnik” miał jedną wadę. Z oczywistych powodów nadawał tylko jedną stację (Warszawa I) głoszącą jedną prawdę. Od 1949 r. nieliczni posiadacze radia „z magicznym okiem” (kto dziś pamięta ten szpanerski drobiazg) mogli z uchem przy odbiorniku słuchać radia „Wolna Europa”. Od tej „epoki lodowcowej” minęły pokolenia. Teraz każdy ma do dyspozycji nie tylko radio, ale przede wszystkim telewizor, a w nim kilkaset kanałów wizyjnych i może wybierać co chce widzieć i słyszeć. Wszelako sęk w tym, że zdecydowana większość programów w polskich publicznych stacjach TV po trosze kojarzy się z owym „kołchoźnikiem”. Wszędzie niemal ten sam punkt widzenia spraw aktualnie się dziejących. Pocieszenie w tym, że ci którzy znają języki obce mają szansę skorzystać z Internetu, lub zobaczyć w zagranicznych stacjach TV często ten sam obraz, ale i usłyszeć inny punkt widzenia spraw aktualnie się dziejących, który nie koniecznie pokrywa się z tym co po polsku słyszą. Przekaz medialny to ogromna siła potrafiąca urabiać opinię publiczną do konsystencji plasteliny. Nieraz wspominałem, że człowiek po to ma rozum, aby z niego korzystał, czyli każdą objawioną prawdę poddawał ocenie krytycznej, aby bezwiednie nie ulegać narzucanym schematom. Immanuel Kant cały swój filozoficzny dorobek poświęcił temu problemowi. Niedawno oglądałem film oparty na faktach p.t. „Droga do zapomnienia”, opowiadający o australijskim żołnierzu wziętym w II wojnie do japońskiej niewoli. Jeńcy budowali w nieludzkich warunkach słynną kolej birmańską. Radiotechnik z zawodu, skonstruował odbiornik aby dowiedzieć się cokolwiek o trwającej wojnie. Japończycy znaleźli radio i poddali żołnierza okrutnym torturom aby ujawnił prawdę co usłyszał przez radio. W końcu powiedział swoim oprawcom, że ich ojczyzna jest bombardowana dywanowymi nalotami amerykańskich superfortec, płoną miasta, giną pod bombami tysiące ich rodaków. Oddaleni od kraju japońscy żołnierze, utrzymywani w objęciach wojennej indoktrynacji swoich zwierzchników, nie mieli pojęcia co się dzieje z ich domami i rodzinami. Dopiero prawda opowiedziana przez żołnierza otworzyła im oczy; skończyły się tortury. Niegdyś Radio „Wolna Europa” każdą audycję kierowaną do Polaków zaczynało słowami: „nadajemy wiadomości dobre i złe, ale zawsze prawdziwe”. Wówczas „zimna wojna” medialna trwała w najlepsze bo władza wiedziała, że ludzie słuchają „Wolnej Europy”, więc dziennikarka Wanda Odolska w warszawskiej jedynce ripostowała ciętymi komentarzami, a „kołchoźniki” przekazywały je ludowi. Czy coś od tamtej pory się zmieniło w medialnych przekazach? Można powątpiewać. Będąc pod presją owego przekazu inspirowanego politycznym punktem widzenia, coraz bardziej oddalamy się od chłodnej oceny faktów. Dotyczy to nie tylko tego co dzieje się dziś, ale także w przeszłości. Teraz jako naród uchodzący za bardzo religijny, bez większych skrupułów włączamy do opisu naszej historii wątek Opatrzności, która ponoć zawsze nad nami czuwała. Przed bitwą pod Grunwaldem, polskie rycerstwo śpiewało Bogurodzicę a krzyżacy pieśń do Panny Maryi, ich patronki. Czyli wszyscy modlili się do tego samego Boga. Czy Pan Bóg był w kłopocie której stronie dać błogosławieństwo? Z rezultatu bitwy wychodzi, że wziął naszą stronę. Wiara to ogromna siła tkwiąca w umysłach, dająca motywację do poświęceń. Bez niej słabnie poczucie siły i wola walki. Historiografia bitwę warszawską 1920 r. określiła mianem „cudu nad Wisłą”. Obiektywnie ją oceniając był to zwłaszcza przykład niesłychanej determinacji społeczeństwa ale przede wszystkim znakomitego dowodzenia, które skutkowało zwycięstwem nad bolszewikami Jaki był w tym udział Opatrzności, Bóg jedyny raczy wiedzieć. To tylko przykłady, kiedy realizm historii mieszamy z bytem transcendentalnym. Wszelako podobnych przykładów zaczerpniętych z naszych dziejów można przytaczać bez liku. Nie wchodząc głębiej w roztrząsanie relacji pomiędzy twardymi faktami historycznymi a Opatrznością, pora zastanowić się nad jakością trwającej aktualnie medialnej indoktrynacji. Jej wiodącym hasłem jest patriotyzm – niestety – widziany tylko z jednego punktu widzenia, bez szerszego spektrum oceny. Uparte jego wtłaczanie w umysły społeczeństwa, zwłaszcza młodzieży, powadzi do wypaczenia i dewaluacji tego wartościowego pojęcia. „Kołchoźne” media promują wątpliwych bohaterów stawiając ich w Panteonie Narodowym na równi z tymi, dla których obiektywne dobro Rzeczypospolitej było najwyższą wartością moralną, bez względu na jej źródła i pochodzenie. Odstąpię od ponownego odwoływania się do historii, albowiem na dziś patriotyzm można prosto definiować jako uczciwość obywateli w wykonywania obowiązków publicznych i zgodne współżycie w relacjach międzyludzkich. Czy tak się dzieje, proszę każdego o samoocenę. Co więcej, żyjemy we Wspólnocie Europejskiej czego nigdy do tej pory w naszej historii się nie przydarzyło. Ten dar dziejów powinniśmy dyskontować a nie kwestionować. Aliści wierząc publicznym mediom wynika, że Zjednoczona Europa (czytaj Niemcy) czyha na naszą niepodległość. Ostatnie wypowiedzi i zachowania oficjalnych polityków zdają się potwierdzać tę tezę. Pani Premier wracając z posiedzenia Rady Europy „na tarczy” przyjmowana była jako bohaterka czego…? To niedobry dla nas omen, ale „kołchoźne” media zrobiły swoją robotę. Jedynie jeszcze niezależne media, jak niegdyś radio „Wolna Europa” powiedziały, że „król jest nagi”. W tych propagandowych warunkach wzrusza mnie słuchanie „Ody do radości” – finałowej kantaty z IX symfonii Ludwiga van Beethovena-hymnu Europy przyjętego przez Radę Europy i Unię Europejską, która z racji wielojęzycznego charakteru Unii, posiada jedynie wersję instrumentalną opracowaną przez Herberta von Karajana. Co prawda Unia Europejska nie przyjęła tekstu poematu Fryderyka Schillera, do którego Beethoven skomponował muzykę. Rada Europy podjęła taką decyzję, ponieważ chciano uniknąć problemów z wyborem języka, w jakim pieśń miałaby być śpiewana (rozważano język łaciński). Drugim, rzadko dziś podnoszonym argumentem, była ocena tekstu Schillera jako utworu odwołującego się do ogólnych wartości, nie tylko europejskich. Nie mniej do nich powinniśmy się odwoływać. Humanizm europejskiej kultury z jej antycznymi konotacjami właśnie kształtuje się na naszych oczach. Więc stańmy po stronie tych wartości, skoro Pani Premier owe wartości ponoć lansuje na europejskim forum. A „kołchoźniki” niech czasem ugryzą się w język nim cokolwiek opublikują.

P.S. Tekst „Ody do radości” Fryderyka Schillera przetłumaczył z języka niemieckiego na polski w 1953 roku Konstanty Ildefons Gałczyński. ( wydanie: K.I. Gałczyński „Dzieła. Przekłady, tom 5 str. 331, W-wa „Czytelnik” 1979 r.

Wojciech Kotasiak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *