O koniach, dyliżansach i trąbkach

Czy wiecie o tym, drodzy czytelnicy, że historia polskiej poczty nierozerwalnie związana jest z końmi? Przez wiele stuleci poczta świetnie funkcjonowała przede wszystkim dzięki koniom oraz dzielnym kurierom. W dobie poczty e-mailowej i sms-ów nikt z nas zapewne nie zastanawia się jak dawniej radzono sobie bez internetu i telefonów.

Już w czasach Mieszka I ważne wiadomości przewozili kurierzy konni, którzy w ciągu doby potrafili pokonać nawet do 200 km. A wszystko to dzięki tzw. koniom rozstawnym. W grodach książęcych kurier mógł wymienić zmęczonego konia na innego wypoczętego wierzchowca i dalej kontynuować swoją misję. Kolejny nasz władca Bolesław Chrobry ustanowił posługę komunikacyjną nazywaną podwodą. Polegała ona na tym, że miejscowa ludność zobowiązana była, za odpowiednia zapłatą, dostarczać koni i wozów dla książęcych kurierów. Wymiana taka odbywała się głównie w miastach królewskich.

Z czasem oprócz przewożenia korespondencji zaistniała potrzeba przewozu towarów i ludzi. Za datę narodzin poczty w Polsce uważa się 18 października 1558 roku. Wtedy to, za sprawą Zygmunta Augusta ustanowiono stałe połączenia pocztowe na linii Kraków- Wiedeń -Wenecja. Z początkiem XVII wieku do przewozu ludzi i bagaży zaczęto używać dyliżansów. Były to kołowe pojazdy czterokonne. Mogły przewozić od 8 do 13 osób. Podróż takim dyliżansem nie należała do przyjemnych. Ponieważ drogi były kiepskiej jakości, pasażerów trzęsło na każdych wybojach. Zdarzało się, że pojazd wpadał w rów albo złamało się koło i wtedy wywracał się z podróżnymi i bagażem. W środku dyliżansu najczęściej panował ścisk i zaduch. Jednak największą zmorą byli zbójcy, którzy często urządzali napady na pojazdy pocztowe. Dlatego też pocztylioni byli zawsze uzbrojeni i w razie napadu musieli stawać w obronie życia swego i pasażerów.

Na trasie przejazdu znajdowały się stacje pocztowe. Odległość między nimi wynosiła ok. 15-20 km, choć zdarzało się, że i nawet ponad 30 km. Stacje to nic innego jak gospody, w których pasażerowie mogli odpocząć, umyć się i posilić, a pocztylioni wymienić konie oraz sprawdzić stan techniczny dyliżansu. Stacje były utrzymywane przez Pocztę Polską z opłat pobieranych od podróżnych. Kiedy dyliżans zbliżał się do stacji, jeden z pocztylionów sygnalizował swoje przybycie za pomocą trąbki. Był to znak dla mieszkańców, że mogą odebrać lub nadać przesyłkę. W czasie podróży trąbka również pełniła ważną rolę. Odstraszała dzikie zwierzęta, pełniła rolę dzisiejszego klaksonu samochodowego i niejednokrotnie pozwalała odnaleźć właściwą drogę gdy dyliżans zbłądził w ciemnościach lub mgle. Na dźwięk trąbki reagowały psy, a ich szczekanie naprowadzało pocztylionów na trasę przejazdu. Ze względu na swą ważną rolę w funkcjonowaniu poczty, trąbka do dziś jest symbolem wszystkich urządzeń pocztowych na całym świecie.
Z upływem czasu stopniowo poprawiał się stan dróg, co zwiększało szybkość i komfort podróżowania. Zaczęto budować lżejsze dyliżanse, a to pozwoliło zredukować liczbę koni z czterech do dwóch.

Do ciągnięcia dyliżansów używano koni lekko zaprzęgowych. Konie te charakteryzowały się szczupłą, ale mocną budową, dużą siłą uciągu i ogromną wytrzymałością na wysiłek fizyczny. Wierzchowce pocztowe najczęściej poruszały się galopem, rzadziej kłusem. Kute były na cztery nogi. Ich los nie należał do najszczęśliwszych. Pocztylioni na ogół nie dbali o powierzone im zwierzęta. Czas był dla nich ważniejszy, ponieważ za każde spóźnienie musieli płacić karę z własnej kieszeni. Z powodu przeciążenia i nadmiernej eksploatacji służba koni w Poczcie Polskiej była krótka. Wynosiła przeciętnie od 4 do 6 lat. Po wycofaniu z pracy przy dyliżansach konie były sprzedawane okolicznym mieszkańcom. W XIX wieku w Polsce w branży pocztowej wykorzystywano głównie konie rasy śląskiej. Były nie tylko wytrzymałe, ale charakteryzowały się niezwykłą urodą i karą maścią.
Rozwój kolei wyparł pocztę konną. Choć na Śląsku ostatni dyliżans jeździł aż do 1914 roku. Co ciekawe, na podstawie zachowanych stempli pocztowych, można zauważyć, że przesyłki międzynarodowe obecnie często idą dłużej niż 150 lat temu.

Na koniec naszej opowieści przytoczymy anegdotę o przyjemnościach podróżowania w XVII-wiecznej Polsce:
Do domu jednego z Radziwiłłów przyjechał daleki kuzyn i zaczął nadmiernie okazywać względy żonie gospodarza. Radziwiłłowi bardzo się to nie spodobało. Postanowił natychmiast odprawić flirciarza do odległego domu końmi rozstawnymi. Nic by w tym dziwnego nie było, gdyby nie koła, które kazał założyć do powozu. A były to koła… owalne, aby w drodze między Słuckiem a Wielkopolską wszelkie amory z kuzyna wytrzęsły.

Barbara Sęderowska
Krzysztof Dyk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *