Nie masz pana nad furmana!

Furman kiedyś to był panisko! Prawdziwego furmana nikt nie śmiał nazwać woźnicą.

Sam był sobie szefem. Miał swojego konia i swoją furmankę, dzięki którym zarabiał na życie. Woźnica zaś to dziad. Powoził zaprzęgiem konnym, ale nie swoim. Kiedy woźnica przesiadał się na powóz i wiózł dziedzica z rodziną do kościoła nazywany był stangretem – tak bardziej z elegancka. Żaden porządny furman nie dał się tak nazwać, bo wiedział, że nazwa ta pochodzi od niemieckiego Stangenreiter, co znaczy dosłownie „ten co jeździ na drągu”.

Jednym z najbardziej znanych powojennych ostrowieckich furmanów był Stefan Krakowiak. Jeszcze w latach 60-tych rozwoził swym zaprzęgiem węgiel po terenie Ostrowca i jego najbliższych okolicach. Furmanił z prawdziwą pasją niemal do końca swojego pracowitego życia. Jego przygoda z końmi zaczęła się jeszcze w wojsku gdzie służył jako taboryta. W powojennej Polsce furmani odegrali bardzo ważną rolę. Niemal cały lokalny transport opierał się na ich działalności. Furmankami wożono wszystko -drewno na budowę nowych domów, cegłę, gruz. Byli niezastąpieni przy przeprowadzkach. Wynajmowano ich także do transportu osób. Stefan Krakowiak w taki właśnie sposób zarabiał na siebie i swoją rodzinę. Biznes furmański zawdzięczał swoim koniom. A miał ich w swoim życiu kilka. Dzieje bohatera naszej opowieści, mimo pozorów przeciętności, były ciekawe i barwne.

W 1939 roku Stefan Krakowiak był świadkiem niszczenia polskich napisów i symboli narodowych w ostrowieckim magistracie. Zachowanie Niemców było dla niego dużym wstrząsem. W pewnym momencie uwagę pijanych i roześmianych okupantów odwrócił przelatujący samolot. Pan Stefan wykorzystał ich nieuwagę i podniósł brutalnie rzucone na ziemię polskie godło. Szybko ukrył je za pazuchą i czym prędzej zaniósł do domu. Wizerunek orła w koronie przeleżał ukryty w domu Krakowiaków całą wojnę i okres stalinowski. Dopiero w latach 60-tych wnuczek Stefana przekazał symbol polskości do Muzeum Historyczno-Archeologicznego w Ostrowcu Św. Wśród licznych przygód z lat okupacji nasz furman często wspominał o tym, jak to Niemcy zabrali go na przymusowe kopanie rowów przeciwczołgowych. Z tej opresji wyratowała go żona. Krakowiakowa, niczym Zagłoba posłużyła się fortelem. Przekupiła strażnika bimbrem i boczkiem, po czym przebranego za kobietę męża wyprowadziła z obozu.

W latach powojennych Stefan Krakowiak wraz z innymi ostrowieckimi furmanami mieli zwyczaj spotykać się po zakończonym dniu pracy w jednej z ulubionych knajp. Najczęściej był to bar „Spójnia” na ulicy Siennieńskiej lub bar „Popularny” przy Rynku w Denkowie. Każda z tych knajp miała specjalny parking dla furmanek. Konie chrupały smaczny obrok z sakw zawieszonych na dyszlach. W tym czasie ich właściciele popijali zimne piwko i dyskutowali o polityce, koniach i kobietach. Zdarzało się, że w tych statecznych obywatelach odzywała się nieraz fantazja ułańska. Podpiwszy sobie urządzali wyścigi swoimi zaprzęgami z Denkowa do Ostrowca. Wyścigi te wzbudzały trwogę w mieszkańcach ulic Ostrowieckiej i Denkowskiej. Były postrachem dla licznych stad kur i gęsi, które z głośnym gdakaniem i gęganiem rozpierzchały się na wszystkie strony.

Do ulubionych rozrywek pana Stefana i jego kolegów należały popisy w strzelaniu z bata. Każdy bat był robiony ręcznie i osobiście ozdabiany przez swojego właściciela. Rękojeści były owijane skórą i wybijane ćwiekami. Natomiast rzemień zdobiły misterne węzły i kolorowe włóczkowe pompony. Każdy bat był inny i w razie zguby można było po nim rozpoznać właściciela. Jednak prawdziwy furman kochał swoje konie, a one to czuły, więc bat na nie był rzadko potrzebny. Bat dla furmana był tym, czym szabla dla szlachcica. Najczęściej używał go przeganiając nieproszonych pasażerów lub złodziei węgla. Przed wejściem do każdej knajpy stały specjalne stojaki na baty.
Kilkakrotnie zdarzyło się, że nasz bohater zbytnio sobie pofolgował i przesadził z trunkami. Zazwyczaj w takich sytuacjach scenariusz był ten sam. Pan Krakowiak smacznie pochrapywał sobie na wozie, a koń sam dzielnie i ostrożnie człapał do domu. Zwierzę zatrzymywało się pod bramą swego właściciela i cierpliwie czekało, aż ktoś z domowników otworzy wrota. Co ciekawe koń doskonale wiedział, że odwalił kawał dobrej roboty. I zawsze bywał za to nagradzany dodatkową porcją marchwi lub jabłek.

Stefan Krakowiak, mimo ciężkiej pracy był szczęśliwym i powszechnie szanowanym człowiekiem. Dumny z wykonywanego zajęcia, kochający konie na stałe wpisał się w historię swojego miasta.

Śpiewakiem, który na całym świecie rozsławił wizerunek polskiego furmana był Stanisław Jopek. Solista zespołu „Mazowsze”. Artysta o wyjątkowym głosie. W całym jego repertuarze było blisko 50 piosenek. Wśród nich jest jedna, która towarzyszyła artyście przez wszystkie lata. Bez niej nie odbył się żaden koncert. Ta piosenka to „Furman”. Dzięki niej otrzymał miano „Pierwszego Furmana Rzeczpospolitej”. Gwoli przypomnienia starszym czytelnikom, a nauki dla młodzieży przytaczamy tekst owej pięknej piosenki.

1. Wszystkich dziś ciekawość budzi,
Kto jest najszczęśliwszym z ludzi.
A ja mówię, że nad pana
Najszczęśliwszy los furmana.

ref. Hej wio! hejta wio!
Hejta stary, młody jary!
Hej wio! hejta wio!
Hejta, wiśta, prrrr!

2. Gdy z kozła kieruję konie,
Jestem jakby król na tronie.
Tam gdzie zechcę, szkapy idą
Czy to koczem, czy to bidą.
ref. Hej wio!…..
3.Tylko jedna ta różnica:
Sprawiedliwy jest woźnica.
Choć na konia jarzmo wkłada,
Jednak nim sumienie włada.
ref. Hej wio!……
4.Gdybyś koniom nie dał paszy,
Tylko je biczyskiem straszył,
Wtedy próżna twa mitręga,
Sam do wozu się zaprzęgaj!
ref. Hej wio!……
5. Zapamiętaj taki-siaki,
Coś się dobrze dał we znaki:
Choćbyś koniom cukier dawał,
Już nie weźmiesz ich na kawał!

Barbara Sęderowska
Krzysztof Dyk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *