Cukanie, czyli jak szkolono prawdziwych ułanów

W naszych opowieściach często podkreślamy jak bardzo wyjątkową i barwną formacją była polska kawaleria. Nie bez powodu. Do „chłopców malowanych” wzdychały wszystkie niewiasty – panny, mężatki, wdowy, a nawet czcigodne matrony i niejedna babcia, co to jak „umierała jeszcze się pytała, czy na tamtym świecie ułani będziecie”. O ułańskiej fantazji do dziś krąży wiele opowieści i anegdot. Bo prawdziwy ułan był szczupły, wysportowany, nosił z fasonem mundur, zawsze był zadbany, elegancki i pachnący porządną wodą kolońską. Szarmancki wobec kobiet, pełen szacunku dla starszych rangą, rygorystycznie przestrzegał konwenansów towarzyskich. A co najważniejsze musiał wykazywać się niezwykłą inteligencją, błyskotliwością, dowcipem i refleksem. Żołnierze innych formacji często z nieukrywaną zazdrością nazywali kawalerzystów „fasoniarzami”. Uważali ich za bawidamków i pijaków, stale strzelających obcasami i zadzierających nosy. W rzeczywistości były to tylko pozory, bo służba w kawalerii była bardzo ciężka i odpowiedzialna. A zwłaszcza od kadry oficerskiej wymagano szybkiego i logicznego myślenia. Jak mawiał najsłynniejszy polski ułan Bolesław Długoszowski herbu Wieniawa: dobry kawalerzysta powinien umieć myśleć również w galopie! Takim fasonem, fantazją i zawadiackim sposobem bycia wyróżniali się absolwenci Szkoły Podchorążych Kawalerii w Grudziądzu. Młodzi oficerowie „wyrabiali się” tam między innymi dzięki tak zwanemu „cukowi”.

Ten ciekawy zwyczaj przyszedł do nas z rosyjskich szkół kawaleryjskich. Był to rodzaj przedwojennej wojskowej fali, ale miał zgoła inny charakter i cel. Cuk pozbawiony był cech znęcania się i prześladowania młodszych roczników. Wręcz przeciwnie – wszystko odbywało się w ramach relacji koleżeńskich. Oj, różne były sposoby cukania. Bywało, że starszy, czyli dźadźka wydawał młodszemu koledze absurdalne polecenie, np. kazał zameldować się koniowi. Zgodnie z poleceniem młodszy podchorąży, tzw. sugub (z rosyjskiego „skrzat”), natychmiast biegł do stajni, stawał przed koniem i meldował: „panie koniu, melduję, że udaję się na przepustkę”. Często zadawano podchwytliwe pytania, na które żądano szybkich i dowcipnych odpowiedzi. Np. „Co było, jak nic nie było?”. Na co zapytany powinien natychmiast odpowiedzieć: „Pan podchorąży stał w zenicie i cukał znakomicie”. A kiedy starszy pytał: „Gdzie jest teraz moja narzeczona?” młodszy meldował: „Na pewno w Tworkach, bo zwariowała z tęsknoty za panem podchorążym”. A na pytanie: „Gdzie się urodziłem?” właściwa odpowiedź powinna brzmieć: „W stajni na sianie, z kieliszkiem szampana w ręku”. Zaś na pytanie: „Która kobieta jest najpiękniejsza i najmądrzejsza na świecie?” należało szybciutko odpowiedzieć: „Narzeczona pana podchorążego, bo jest przez pana co wieczór cukana”.

Za prawidłowe wykonanie rozkazu oraz za dobrą odpowiedź była pochwała: „Dobrze było panie podchorąży”. Ale na pochwałę sugub także musiał właściwie zareagować: „Ku chwale Ojczyzny, Króla Jegomości, narzeczonej pana podchorążego, pana konia i całej kawalerii polskiej”. Bywało, że na jednym przyjęciu spotykali się podchorążowie obu roczników. Wtedy starszy dawał młodszemu polecenie wygłoszenia krótkiego dowcipnego referatu np. „Wpływ przeciągów w latrynie na ilość spożywanego przez ułanów alkoholu w lecie i w zimie”. Dodatkowym utrudnieniem było to, że referat należało wygłaszać stojąc na stole, szafie czy siedząc na piecu. W czasie pierwszego wyjścia na przepustkę obowiązkowo sugubowi towarzyszył dziadźka. Uczył go w tym czasie właściwego zachowania w takich miejscach jak kino, teatr czy restauracje. Osobiście dawał mu przykład dobrych manier i stosownego postępowania wymaganego od przyszłych oficerów wobec kobiet, spotkanych przypadkowo kolegów czy wyższych stopniem oficerów.

Dość ciekawie robiło się, kiedy podchorąży młodszego rocznika niezadowalająco wykonał rozkaz. Czekała go wtedy kara. Mogły to być: ćwiczenia fizyczne, śpiewanie piosenek albo rozkaz „siada i wstydzi się!”. Oznaczało to siadanie np. w kałużę z mocno zawstydzoną miną.

A skąd wzięło się samo pojęcie „cukanie”? Otóż pochodzi od słowa „cuknięcie”, co oznacza szarpnięcie wodzą munsztukową za pysk konia. Karało się tak konia w wyjątkowych okolicznościach, np. gdy odmówił wykonania zadania.

Co dawało cukanie? Oprócz żartobliwego wymiaru zwyczaj ten miał ogromne znaczenie edukacyjne. W ramach cuku starsi podchorążowie przekazywali młodszym wszechstronną wiedzę o historii kawalerii, o zwyczajach kawaleryjskich, o barwach pułkowych i historii poszczególnych pułków. Starsi koledzy szkolili młodszych nawet w tańcach takich jak polonez czy mazur. Dzięki cukaniu przyszli oficerowie uczyli się posłuszeństwa, tzw. refleksu kawaleryjskiego, stawali się kreatywni. Pod wpływem tego specyficznego zwyczaju kawalerzyści wyrabiali sobie oryginalne poczucie humoru i zawsze potrafili rozbawić towarzystwo czy rozładować napiętą atmosferę.

Kiedy już młody oficer trafił do pułku i zdarzyła mu się jakaś wpadka, to starsi koledzy kiwali głowami i zgodnie twierdzili, że w szkole musiał być „za mało cukany”.

Barbara Sęderowska
Krzysztof Dyk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *