Wywiad z Grzegorzem Szaginianem

Rozmawiam z Grzegorzem Szaginianem, lekarzem psychiatrą, radnym Sejmiku Wojewódzkiego. Osobą dobrze znaną w całym województwie świętokrzyskim, a szczególnie tutaj, w miejscu zamieszkania, czyli w Ostrowcu Świętokrzyskim.

E.T.: Dzień dobry Panie doktorze! Pozwoli Pan, że zapytam dość ogólnikowo na początek naszego wywiadu, przy okazji przestawiając naszym czytelnikom Pana osobę.

Grzegorz Szaginian – Polak, Ormianin, lekarz, polityk samorządowiec, społecznik, ojciec, mąż, niewątpliwa osobowość. Człowiek wielowymiarowy, Ormianin, który został Polakiem, znanym, szanowanym i bardzo cenionym mieszkańcem Ostrowca Świętokrzyskiego. Jak to się zaczęło? Co sprawiło, że Grzegorz, a wcześniej Grigor Szaginian znalazł się właśnie tutaj, w województwie świętokrzyskim? Kim był bohater naszego reportażu w Armenii i dlaczego postanowił ją opuścić i to opuścić na stałe, zostać tutaj wśród nas i stać się naszym rodakiem? Czy ma Pan może polskie korzenie, czy Polska stała się drugą ojczyzną z wyboru, a jeśli to to dlaczego akurat Polska? I dlaczego akurat Ostrowiec Świętokrzyski?

G.Sz.: Dzień dobry! Muszę przyznać się, że wielu moich kolegów mówi do mnie Grigor(w języku ormiańskim Grikor). Imię ma pochodzenie greckie i oznacza „czujny”. Coraz częściej jednak zdarza się, że ludzie zwracają się do imieniem Grzegorz. Można powiedzieć, że jestem dwojga imion – Grigor, czy Grzegorz – jak kto woli. Do Polski przyjechałem w 1991 r. Mieszkałem wcześniej w Armenii, w ówczesnym Związku Radzieckim. Życie w Armenii było trudne nie tylko ze względu na trudności ekonomiczne, lecz znacznie bardziej z powodów politycznych. W mojej rodzinie i rodzinie moich dziadków nigdy nie było komunistów. Wychowałem się wśród „wrogów narodu” (a teraz, o losie, znów dowiaduję się, że jestem drugim sortem!). Kilka razy groziło mi wyrzucenie ze studiów ponieważ niepochlebnie wypowiadałem się na temat pierwszego sekretarza partii komunistycznej. W efekcie po studiach skierowano do pracy jak najdalej od domu. Ponadto miałem zakaz wyjazdu nawet do socjalistycznej Bułgarii, podczas gdy dzieci ówczesnych VIP-ów mogły jeździć po całym świecie. Po roku 1988 roku w Armenii pojawiły się częste i huczne demonstracje nacjonalistów, ocierające się o fanatyzm i radykalizm, toteż 1984 roku zdecydowaliśmy z żoną, że wyjedziemy na emigrację. Początkowo myśleliśmy o Danii i RPA, o Stanach Zjednoczonych i Grecji, ale poznaliśmy polskie rodziny z Ostrowca, które przyjeżdżały do Armenii odpocząć i pohandlować. Wtedy zdecydowaliśmy się na emigrację do Polski.

Polskich korzeni nie mamy. Ja mam korzenie ormiańskie, greckie i rosyjskie, ale za ojczyznę uważam Polskę, podobnie jak myślę, cała moja rodzina mieszkająca w Polsce. Za każdym razem kiedy wracamy do kraju, przekraczając granicę z Polską mówimy z żoną „Jesteśmy w domu…”. Jesteśmy tu już 27 lat życia! 27 trudnych i wspaniałych lat w Polsce!

A dlaczego Polska? Polacy to Słowianie, którzy psychologicznie mają wiele wspólnego z narodami Kaukazu: z Ormianami i Gruzinami. Polska dla mieszkańców Kaukazu jawi się jako Zachód, ale taki bliski, pokrewny duchowo.

E.T.: Jeśli mógłby Pan podać trzy najważniejsze rzeczy, które Pana ukształtowały i sprawiły, że jest tym kim jest, to co by to było?

G.Sz.: Trzy rzeczy…? Może niech będą to trzy wydarzenia. Najważniejszym dla mnie zdarzeniem było małżeństwo z moją żoną! Kobietą wysokiej kultury, piękną i delikatną, mądrą i zdecydowaną! Najważniejsze jest to, że w rozrabiace i buntowniku zobaczyła przyzwoitego człowieka i wychowała go. Po śmierci ojca poczułem się zupełnie dorosłym, bardziej dojrzałym mężczyzną, który jest głową rodziny. Tak, śmierć ojca była niewątpliwie jednym z takim wydarzeń, które ukształtowały mnie jako człowieka w pełni odpowiedzialnego i pozwoliły dojrzeć. I wreszcie trzecim bardzo ważnym dla mnie zdarzeniem, stał nasz ślub – mój i mojej kochanej żony – w Sandomierzu w kościele u Dominikanów. To było 10 lat temu i od tego czasu czuje się coraz silniejszy.

E.T.: Co ukształtowało Pańską wrażliwość i sprawiło, że po pierwsze został pan lekarzem, a ponadto człowiekiem działającym społecznie, samorządowcem pracującym na rzecz dobra powszechnego?

G.Sz.: Od lat dziecięcych marzyłem żeby zostać biologiem, matka jednak namówiła mnie na studia medyczne. Nie żałuję tej decyzji. Od razu zadecydowałem by zostać psychiatrą, dlatego w latach studenckich pracowałem już jako pielęgniarz nocami na na oddziałach psychiatrycznych, na OIOM-ie i chirurgii. To dało mi bardzo wiele cennych doświadczeń i wiedzy, której nie da się nauczyć z książek. A co do społecznika…W każdym z nas jest chęć pomagania innym. Trzeba tylko o tym pamiętać i korzystać z tej zdolności i radości bycia człowiekiem, człowiekiem społecznym, użytecznym dla innych.

E.T.: Jak można wyjaśnić fenomen jakim jest niewątpliwie, po pierwsze, tak dobre odnalezienie się w obcym kraju, następnie zasymilowanie ze społecznością lokalną i to posunięte do tego stopnia, że ludzie, zwykli ludzie obdarzają Pana zaufaniem i powierzają mandat radnego sejmiku wojewódzkiego? Jak zdobywa się zaufanie i szacunek Polaków? Ma pan jaką specjalną receptę? Polacy, z reguły, szczególnie w stosunku do przybyszów ze wschodu, są raczej nieufni i sceptycznie nastawieni. Jak to było w Pańskim przypadku?

G.Sz.: Nigdy nie odczułem niechęci w stosunku do mnie tutaj w Polsce. Uważam, że ta nieufność, ta niechęć jest tylko skutkiem nieudolnej polityki zagranicznej, pewnej histerii niektórych naszych decydentów. Narody zawsze znajdą wspólny język, należy tylko im nie przeszkadzać, bo dla zwykłego człowieka narodowość nie jest czymś co dzieli i jest najważniejsze w postrzeganiu innych, ale to jakim kto jest człowiekiem się liczy. To politycy niestety na własny użytek budują te sztuczne podziały i stereotypy. W stosunku do ludzi trzeba starać się być zawsze szczerym, a zaufanie przyjdzie z czasem i pojawia się w sposób naturalny. Bo zaufania nie można zdobyć ani na żądanie, ani żadnym rządowym dekretem (może na szczęście). Może właśnie owa szczerość i otwarte podejście sprawiają, że jestem dobrze odbierany przez ludzi.

E.T.: Doba ma tylko 24 godziny. Praca w gabinecie, z tego co wiem, zajmuje każdego dnia znacząca część tego limitu. Jak znajduje Pan zatem jeszcze czas na działalność społeczną i samorządową?

G.Sz.: Jest na to sposób. Trzeba po prostu zmieniać zajęcia, po pracy w gabinecie, praca samorządowa, potem przyjemności, trochę pracy w ogródku (niestety bardzo mało), trochę w redakcji gazety, potem znów gabinet, praca społeczna i tak dalej… Taki rzekłbym płodozmian, który pozwala zachować zdrową równowagę. Na szczęście w wykonywaniu mojej pracy bardzo pomagają mi moi współpracownicy. Bez nich bym się raczej pogubił w tej mnogości moich zadań, a z pewnością przepracował!

E.T.: Jest Pan niewątpliwie jednym z nas, a jednocześnie ma Pan możliwość spojrzenia na nasze cechy i przywary narodowe z pewnego dystansu. Proszę powiedzieć co Polakom jest najbardziej potrzebne, jaka cecha sprawiłaby, że żyłoby nam się lepiej i harmonijniej we własnym kraju. Czego, jeśli chodzi o cechy narodowe, nam brak, a czego mamy aż w nadmiarze?

G.Sz.: Niczego bym nie dodawał. Polacy to silny, pracowity i dumny naród. Może tylko więcej wiary by się przydało, prawdziwej wiary z nutą optymizmu i nieco mniej narzekania. Ot i tyle.

E.T.: Jak z Pana doświadczenia jako działacza wygląda współpraca na poszczególnych szczeblach samorządu i jak można by ją usprawnić i uczynić wydajniejszą?

G.Sz.: Im mniej polityki, jak uważam, tym zdrowszy jest samorząd. Przykro mi słuchać, kiedy niektórzy posłowie namawiają, aby oddać głos na kandydatów rządzącej partii, bo wtedy, w/g nich samorządowcy będą mieć lepszy i szybszy dostęp do rządu i środków na finansowanie przedsięwzięć lokalnych. A może w takim razie w ogóle zrezygnujmy z wielopartyjnego systemu i zostawimy jedyną słuszną partię, która razem z samorządowcami będzie rządzić krajem i prowadzić nas w jedynym słusznym kierunku? Oj, gdzieś ja już to widziałem…Chyba mam deja vu…. Przecież to już przerabialiśmy i wszyscy wiemy z jakim skutkiem. Takie jednowładztwo zawsze źle się kończy, niestety.

E.T.: Najważniejsze pytanie! Czy ma pan jakiś pomysł, jakąś cudowną receptę na ukrócenie, albo najlepiej zakończenie, tej okropnej wojny polsko-polskiej, która w ostatnich latach przybrała szczególnie spektakularne rozmiary i podzieliła nasz naród na dwa wrogie sobie obozy z oczywistą szkodą dla jednych i drugich. Czy jest jakieś rozwiązanie tego polskiego węzła gordyjskiego?

G.Sz.: Niestety nie ma na to ani cudownego leku, ani recepty, ani rozwiązania politycznego. Trzeba tylko przypomnieć sobie, że jesteśmy katolikami nie tylko w kościele, lecz i na co dzień. Należy wrócić do chrześcijańskich korzeni. Może zaczniemy kochać bliźniego i wybaczać mu? W jednym z przykazań wszak czytamy „nie zabijaj”, a zabijać można nie tylko bronią. Przecież można i słowem. W kościele przekazujemy sobie znak pokoju, a co nam przeszkadza przekazać znak pokoju i poza kościołem? Pamiętajmy – najbardziej z wojny polsko-polskiej skorzysta ktoś trzeci. Polska z pewnością na tym straci. Dlatego nawołuję do pojednania i porozumienia w duchu chrześcijańskim. Nie musimy wszak od razu się kochać, ale trzeba się szanować i starać się rozumieć bliźniego. I trzeba zacząć od dziś. W zgodzie zbudujemy z pewnością o wiele więcej, aniżeli zwojujemy na politycznej wojnie, jedni przeciw drugim.

E.T.: Serdecznie dziękuję za rozmowę i życzę Panu wielu sił do dalszego działania na wszystkich polach swojej aktywności, zarówno tej zawodowej jaki społecznej.

G.Sz.: Dziękuje bardzo i serdecznie pozdrawiam wszystkich czytelników Aksona!

 

E.T. – Emil Tokarczyk

G.Sz. – Grzegorz Szaginian

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *