Jak Lenka „wysłała” tatę w kosmos

Ostrowczanie Lenka Chudak i jej tata Jarek, byli bohaterami jednego z listopadowych odcinków programu „Drzewo marzeń”, emitowanego w stacji TVN. Prowadzący program Mateusz Gessler na prośbę Lenki spełnił jedno z marzeń taty… zabrał go do Centrum Kosmicznego Johna F. Kennedy’ego w USA.
Program „Drzewo marzeń” polega na tym, że prowadzący odwiedza wybrane szkoły, zapraszając dzieciaki do wspólnej zabawy. Uczniowie spisują na karteczkach marzenia, które chcieliby spełnić komuś bliskiemu – członkowi rodziny lub po prostu przyjacielowi. W każdym z odcinków Mateusz Gessler wybiera trzy, które zrealizuje. Przed wakacjami ekipa TVN odwiedziła Szkołę Podstawową nr 353 im „Wielkich Odkrywców” w Warszawie, gdzie Lenka uczy się, odkąd przed dwoma laty rodzina Chudaków przeprowadziła się do stolicy.
– Marzenie spełniam tacie, bo tata dużo dla nas robi, pomaga w lekcjach, np. z matematyką. Często zabiera nas na koncerty, seanse do kina. Uznałam, że taki prezent byłby dla taty wynagrodzeniem za to co dla nas robi. Chciałabym, by tata spędził jakoś miło czas, by poczuł się jak w kosmosie – uzasadniała w rozmowie z Mateuszem Gesslerem swój wybór Lenka Chudak. – Wydaje mi się, że jesteśmy sami we wszechświecie, ale tata zawsze mówił nam podczas wspólnego oglądania nieba, że tam są jakieś ufoludki, które do nas machają. Mogli by go porwać, ale nie na długo, bo chce mieć go tu z powrotem – dodała.
Udział Jarka w programie rozpoczyna się od sceny, kiedy wchodzi do mieszkania i zastaje tam… przybyszy z kosmosu. Wygląd na bardzo zaskoczonego i jeszcze bardziej zdezorientowanego. Okazuje się, że rodzina trzymała całą sprawę w tajemnicy przed nim dość długo. I udało im się to doskonale…
– TVN skontaktował się z moją żoną w kwietniu. I od tego momentu zaczęły się przygotowania i organizacja dalszych kroków. O sprawie wiedziało nie więcej niż 5 osób z mojego najbliższego otoczenia. Było kilka opcji zaskoczenia mnie. Wiem, że myślano o dronie lądującym w ogrodzie, czy zaskoczeniu mnie podczas drogi do pracy, gdzieś w pociągu. Ostatecznie skończyło się inwazją zielonych ludzików w domu. Byłem kompletnie zaskoczony i szczerze mówiąc przez pierwsze kilka minut myślałem, że to jakiś żart – opowiada wtajemniczony już po wszystkim w szczegóły bohater programu.
Sceny w szkole Lenki nagrywane były przed wakacjami. Zielone ludziki odwiedziły dom państwa Chudaków we wrześniu, a do USA bohater programu wyleciał na początku października. W dobie wszechobecnego internetu i portali społecznościowych nie pochwalić się tak długo tym bądź co bądź spektakularnym wydarzeniem przed dalszą rodziną i znajomymi pewnie nie było łatwym zadaniem.
– Zostałem poproszony przez panią reżyser o zachowanie tajemnicy i to była nasza „dżentelmeńska umowa”. Oczywiście mogliśmy o tym powiedzieć rodzinie i znajomym i poprosić ich o dyskrecję, ale zdecydowaliśmy się tego nie robić – fajnie jest móc kogoś zaskoczyć. Postanowiliśmy zrobić wszystkim niespodziankę. Do czasu emisji o szczegółach programu wiedziało nie więcej niż 10 osób z naszego najbliższego otoczenia – zdradza Jarek Chudak.
Kosmiczne zainteresowania
Już w czasach studenckich Jarek Chudek przejawiał zainteresowania kosmosem. Brał udział w międzynarodowym projekcie SETI @ Home, którego celem jest (bo ten program wciąż jest realizowany) wykrycie inteligentnego życia poza Ziemią.
– Tak naprawdę, oryginalnym marzeniem, które Lenka zapisała było „Tata chciałby zobaczyć start rakiety kosmicznej”. Rozmawialiśmy o tym pewnego wieczoru. Byłem akurat swieżo po lekturze biografii „Elona Muska”, założyciela firmy SpaceX, która jest obecnie liderem na „kosmicznym” rynku. Oglądałem też w internecie kilka ostatnich startów rakiet Falcon – mówi Jarek. – Jak się później dowiedziałem TVN czynił starania bym mógł obejrzeć start rakiety, najpierw w USA, potem w Gujanie Francuskiej oraz w Rosji. Niestety z braku takiej możliwości marzenie zostało zmienione właśnie na „kosmiczny dzień” – dodaje.
W USA udało mu się zrewanżować Mateuszowi Gesslerowi. Tym razem to prowadzący program był mocno zaskoczony… szeroką wiedzą Jarka na temat historii podboju kosmosu przez ludzkość.
– Tak to prawda i podczas zwiedzania Centrum Kosmicznego Mateusz często wspominał, że nadawałbym się na przewodnika. Oczywiście to bardzo miłe, ale żeby być przewodnikiem w takim miejscu trzeba mieć wiedzę wielokrotnie większą niż moja. Cieszę się jednak, że mogłem w jakiś sposób się mu zrewanżować. Wydaje mi się, że mimo tego, iż Mateusz nie interesował się wcześniej tą tematyką, to udało mi się wzbudzić w nim zainteresowanie – zdradza Jarek. – Nie ukrywam też, że przed wyjazdem zagłębiłem się w szczegóły i poczytałem nieco na ten temat. Głównie chodziło mi o to, by skonfrontować fakty, liczby i technikalia z tym, co zobaczę na miejscu – dodaje Jarek.
Rzeczywistość przerosła marzenia
Wizyta w Centrum Kosmicznym Johna F. Kennedy’ego była głównym celem realizacji marzenia, jakie przed ekipą TVNu nakreśliła Lenka. Z uwagi jednak na sztywne ramy czasowe programu „Drzewo marzeń” nie udało się pokazać w nim wszystkiego, czego w USA był świadkiem jej tata.
– To co zobaczyliśmy w programie, to mały fragment tego, co wydarzyło się w ciągu całego dnia. Zwiedzanie rozpoczęliśmy wcześnie rano, kiedy kompleks był jeszce zamknięty dla odwiedzających. To jeszcze spotęgowało uczucie wyjątkowości tego wydarzenia. W hangarze z największą rakietą jaką kiedykolwiek zbudował człowiek, byłem tylko ja i ona – Saturn 5. Nigdy tego nie zapomnę – zdradza Jarek. – Zazwyczaj początkiem każdej wycieczki jest podróż autobusem do strefy zamkniętej gdzie znajduje się słynny „Vehicle Assembly Building” – budynek który znają chyba wszyscy. Oczywiście nie ma tam wstępu, bo tam montowane są rakiety. Dojeżdża się tam wąską drogą z obu stron otoczoną bagnami i zatoką. Wszędzie można zobaczyć aligatory, orki, delfiny, żółwie. Ta strefa jest częścią parku narodowego. Tam również umiejscowiony jest hangar z rakietą Saturn 5 oraz cały kompleks poświęcony programowi Apollo. Tuż obok znajdują się trybuny, z których roztacza się widok na całą zatokę i wszystkie stanowiska startowe. To tam zasiada publiczność żeby oglądać starty rakiet – kontynuuje swoją opowieść Jarek.
Centrum znajduje się na przylądku Canaveral w stanie Floryda. Zajmuje powierzchnię 567 km², tworząc w przybliżeniu prostokąt o wymiarach 50 na około 10 km. W szczytowym okresie amerykańskiego programu kosmicznego było tu zatrudnionych około 17 tysięcy pracowników (obecnie ok. 8500 osób). Obok swej głównej funkcji portu kosmicznego, pełni także rolę atrakcji turystycznej i rezerwatu przyrody. Zwiedzających zachwyca rozmach i dbałość o każdy szczegół. Wszystko to sprawia, że wizytę pamięta się długo…
– w drugiej części programu wizyty zaplanowane mieliśmy zwiedzanie głównego kompleksu, gdzie kulminacyjnym punktem jest wystawa poświęcona promom kosmicznym. Każdy krok widza jest dokładnie przemyślany i zanim dotrzesz do samego promu budowane jest napięcie. Najpierw w zaimprowizowanym kinie oglądasz film o tym jak ludzie wpadli na pomysł budowy wahadłowców. Następnie otwiera się przed Tobą kilka par drzwi i wchodzisz do dużej sali kinowej, gdzie jest wyświetlany kolejny film pokazujący w skrócie jak budowano promy, pierwsze testy i pierwsze starty. Wszystko wyświetlane jest nie tylko na ekranie przed tobą, ale również na specjalnie skonstruowanym suficie i ścianach. Ma się wrażenie, że jest się w centrum tych wydarzeń. Widziałem łzy w oczach wzruszonych ludzi. Kulminacyjnym momentem jest lądowanie promu Atlantis i głos lektora mówiący „Atlantis – welcome home”. Światła gasną i ekran unosi się. Widać jakiś zarys promu – każdy się przygląda, co to takiego i nagle unosi się drugi ekran odsłaniając Atlantisa. Wtedy słychać tylko głośne WOW – opowiada Jarek.
Co najbardziej go zaskoczyło? Co zapamięta najbardziej?
– Dużym zaskoczeniem była dla mnie wielkość rakiet i promu. Możesz czytać, że rakieta ma 100 metrów wysokości, ale tak naprawdę dopiero jak staniesz obok tego potwora i poczujesz się malutki, dopiero wtedy czujesz jej wielkość. A jak uświadomisz sobie, że na jej czubku siedziało trzech facetów, którzy pod sobą mieli 3 tysiące ton paliwa … to musi budzić podziw i szacunek. Druga rzecz to rozmach i dbałość o szczegóły, z jaką amerykanie prezentują swoje osiągnięcia. Wszystko jest dokładnie przemyślane i zwiedzający ciągle podąrzają jakimś scenariuszem. Za każdym rogiem czeka na jakaś niespodzianka. Widać też ogromną wagę, jaką przywiązuje się do pamięci o bohaterach, którzy ponieśli najwyższą ofiarę. Widz musi sobie zdawać sprawę, że te wszystkie sukcesy były często okupione ludzkimi dramatami – opowiada Jarek. – Wszystko to, co tam zobaczyłem tak naprawdę przerosło moje oczekiwania, jakie wiązałem z „kosmicznym dniem”, który zafundowała mi córka. I zdecydowanie spełniło się jedno z moich marzeń. Rodzina jest najważniejsza, a jeśli jeszcze jest to rodzina, która pomaga spełniać marzenia sobie nawzajem, to już szczyt szczęścia – dodaje bohater programu „Drzewo marzeń”.
Udział w popularnym programie telewizyjnym nie mógł przejść bez echa. Po emisji programu Jarek otrzymał wiele sympatycznych sygnałów. Na popularności, zwłaszcza wśród rówieśników w szkole, zyskała jednak przede wszystkim Lenka.
– Dzwonili znajomi, dostałem wiele smsów i pozdrowień na Facebooku. Program się podobał. Wiele osób mówiło, że się wzruszyło no i wszyscy gratulowali mi córki. A w tej chwili to ona jest gwiazdą w szkole. Wszystkie dzieci ją teraz znają i zauważają. Powiedziała mi nawet, że „czuję, że jest popularna w szkole” – kończy swoją opowieść Jarek.

(jas)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *