Wojenna dyplomacja

Wielkie spraw tego świata w zasadzie nie goszczą się na łamach lokalnej prasy z oczywistych powodów. Wystarczy, że są „na okrągło” wałkowane w ogólnopolskich mediach co i raz dostarczając różnych emocji. Nie mniej od czasu do czasu warto nad niektórymi się pochylić, ot tak dla przećwiczenia własnych poglądów aby nie ulegać bezkrytycznie powszechnie głoszonym tezom, zazwyczaj o przeciwnych wektorach. Jedną z nich jest strategia obronna Rzeczpospolitej zakładająca, że Rosjanie, a ściślej prezydent Putin może zechcieć rozszerzyć strefę swoich wpływów jak to było za czasów ZSRR i zagarnąć Polskę pod swoją „opiekę”. W tym napięciu utrzymywana jest opinia publiczna, zaś niedowiarkom przypomina się o aneksji Krymu w 2014 r. przez Federację Rosyjską. W świetle prawa międzynarodowego jest to oczywisty akt agresji. Ale gdy bez zbędnego podniecenia przyjrzeć się temu zdarzeniu, sprawa przynajmniej dla niektórych może okazać się ambiwalentna. Ciekawych odsyłam do historii Krymu sięgającej drugiej połowy XVIII w. Wróćmy jednak do sedna rozważań. W pierwszej połowie XIX w niemiecki strateg wojenny Carl von Clausewitz w dziele „O wojnie” sformułował cyniczną myśl, że „wojna jest niczym inny, jak dalszym ciągiem polityki przy użyciu innych(!) środków” Uważał, że wojnę stworzyła polityka i niemożliwe jest oddzielenie ich od siebie. Zatem jeśli brakuje siły argumentów, należy je zastąpić argumentami siły. Posługując się taką logiką każde państwo chcąc zapewnić sobie bezpieczeństwo „argumentacji” wydaje krocie na armie i zbrojenia. Tak było na świecie od początków istnienia instytucji państwa i tak trwa do dziś. Historia wojen jest tego potwierdzeniem, a każda z nich pochłania miliony istnień ludzkich. Więc pacyfista ma podstawy zadać pytanie: po co wywoływać wojny aby udowadniać swoje racje? Czyżby mało było na świcie nieszczęść, epidemii, katastrof itp. I wojna światowa wynikła, w największym skrócie, w zasadzie z kłótni w rodzinie monarchów. II wojnę światową wywołała ideologia faszystowskiego nacjonalizmu. Po jego rozgromieniu wydawało się, że wreszcie ludzkość zapomni o wojnie jako instrumencie uprawiania polityki. Stało się jednak inaczej; przeciw sobie stanęły dwie sprzeczne ideologie trwając przez lata w kleszczach względnej równowagi sił, zwłaszcza dzięki atomowej „argumentacji”. Faktem jest, że „wyścig zbrojeń” popchnął świat w technologicznym rozwoju, ale jakim kosztem? Tego chyba nikt nie potrafił policzyć. Jedna ze stron tej osobliwej konfrontacji nie wytrzymała wyścigu i padła dając początek nowej erze, czyli sile argumentów. Ale gdzie tam! Strona wygrywająca musiała znaleźć swojego Kargula (takiego jak z filmu „Sami swoi”) Oskubana ze zdobyczy terytorialnych po II wojnie Rosja stała się owym Kargulem. Wszelako chcąc utrzymać swoją mocarstwową, a ściślej niezależną od nikogo pozycję, nie zrezygnowała z własnego potencjału militarnego. No i tym sposobem wróciliśmy do początku. Tymczasem świat trochę się przemeblował. Na naszych oczach rośnie potęga Chin, także wojskowa i nie wątpię, że „dla obrony własnej”, przed kim? Nie wiadomo. W Europie faktem tym mało kto się przejmuje, bo to jakiś dziwoląg. Rządzą komuniści a zachowują się jak kapitaliści. Globalnym strategom umknął uwadze bardziej wrażliwy problem natury religijnej czyli Islam. U schyłku XX w włoska dziennikarka Oriana Fallaci w swojej publicystyce przestrzegała przed możliwością ekspansji świata muzułmańskiego. Nie roztrząsając tego powszechnie znanego problemu, Stany Zjednoczone ochoczo sięgnęły do „argumentu siły” wspierając się wolą zaprowadzenia w tym regionie świata demokracji, bo na interesy biznesowe spuśćmy zasłonę milczenia. W tych okolicznościach pojawiło się osobliwe pojęcie zwane „wojną hybrydową”, czyli nie otwarty konflikt, ale takie sobie nękanie przeciwnika począwszy od propagandy, elektronicznego szpiegostwa, lub gdzie niegdzie lokalnymi konfliktami lub partyzanckimi podchodami itp. Przejdźmy teraz do spraw nas bezpośrednio dotyczących. Zgodnie z wolą społeczeństwa staliśmy się członkami Paktu Północnoatlantyckiego. Artykuł 5 Paktu powiada, że jakakolwiek napaść na kraj członkowski zobowiązuje wszystkich sygnatariuszy do niesienia pomocy krajowi napadniętemu. Zatem wobec jakiejkolwiek agresji z zewnątrz mamy za sobą ogromny potencjał wojenny NATO. Oczywiście uczestnictwo w Pakcie zobowiązuje każdy kraj do utrzymania armii na kompatybilnym poziomie technicznym i organizacyjnym, spójnym do wszystkich krajów członkowskich. Takiej gwarancji nie mieliśmy nigdy w historii, nie licząc epizodu z udziałem w konfrontacyjnym Pakcie Warszawskim. Cytowany artykuł jest wystarczającym straszakiem dla każdego agresora. W NATO jest zrzeszonych 29 państw, w tym bezpośredni sąsiedzi Rosji: Litwa, Łotwa i Estonia. Teraz pytanie, kto dziś może na nas napaść ? Stratedzy zezują na Rosję, a przodują w tym polscy politycy. Biorąc pod uwagę zdrowy rozsądek Rosja nigdy się nie odważy na jakikolwiek krok agresji, bo to grozi wybuchem światowego konfliktu (Art.5 Paktu). A tak na marginesie bezpośredni sąsiad Rosji Finlandia nie jest członkiem NATO, więc formalnie biorąc Pakt jej nie broni, ale obydwa kraje mają tak ułożone stosunki, że obywatele Finlandii mogą spać spokojnie. W Polsce klimat jest inny, atawistyczny stosunek do Rosji mamy odziedziczony z historii, czemu nie należy się dziwić. Więc „granie na nosie” Rosjanom to nasza specjalność. Z tej przyczyny zabiegamy u naszych amerykańskich sojuszników aby budowali w Polsce różne „Fort – Trampy”, lokalizowali wyrzutnie rakietowe, za które słono musimy płacić. A najlepiej aby połowa armii USA u nas stacjonowała. Taka polityka chcąc, nie chcąc musi wnerwiać Rosjan. Retorsją jest rozmieszczanie niebezpiecznej broni (ponoć i atomowej) tuż za naszym płotem czyli w Obwodzie Kaliningradzkim. Nikomu nic nie sugeruję, ale gdyby strony usiadły do stołu i osiągnęły consensus, nie byłoby potrzeby napinania muskułów a horrendalne środki na zbrojenia obrócić na inne humanistyczne cele. Żeby było jeszcze dziwniej Rosja współpracuje ze Stanami Zjednoczonymi w programie kosmicznym a także mają wspólnego przeciwnika w postaci terroryzmu islamskiego. Zatem bardziej prawdopodobny jest konflikt w tej przestrzeni, bo u jego podstaw leży fanatyzm religijny, a to jest najniebezpieczniejsza broń. Więc dla świętego spokoju zawsze lepiej jest paktować niż sięgać do „argumentów siły”. Czy wszyscy są tego samego zdania? Wątpię…

Wojciech Kotasiak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *