Święta, Święta i po świętach…

Byliśmy karmieni smakołykami ze świątecznego stołu oraz informacjami, z różnych kanałów tv, internetu lub innych przekaźników, lepszymi lub gorszymi wiadomościami. Te tragiczne, tj. wypadki komunikacyjne, zamachy terrorystyczne przeplatały się z miłymi i radosnymi dotyczącymi samej tradycji Świąt Wielkiej Nocy i ich celebracji czy regionalnych zwyczajów.

Te wydarzenia były inspiracją do rozmów i dyskusji przy świątecznych stołach… sam byłem świadkiem dyskusji o jeździe po alkoholu za kierownicą, strajku nauczycieli , ale również wpływu czosnku na smak białej kiełbasy. Jednak najczęściej  pojawiała się dyskusja o pożarze katedry Notre Dame we Francji… O ile dyskusja o potrawach wydaje się być naturalna, wszak wszyscy czekamy na święta jako na czas odpoczynku i delektowania się przygotowanymi na ten czas potrawami, o tyle problemy dnia codziennego a już problemy o szerszym wymiarze społecznym pojawiają się dopiero po zaspokojeniu potrzeb tych bardziej przyziemnych. To skłoniło mnie do pewnej refleksji. Zastanawiałem się jaki jest wpływ uczucia sytości w żołądku na dobre samopoczucie i wrażliwość na problemy społeczne. Zauważam ważną prawidłowość, im bliżej sytości żołądka tym więcej problemów społecznych pojawia się w dyskusji przy stołach. Dlaczego więc nie dyskutuje się gdy jesteśmy głodni? Przypomniał mi się cytat z książki MartínaCaparrósa „Im większy głód, tym bardziej jesteśmy zwierzętami, im mniejszy – tym bardziej ludźmi”. Czyżby najedzeni jesteśmy bardziej wrażliwi na krzywdę innych ludzi i problemy społeczne, a głodni całkowicie obojętni? Czy to znaczy, że pomagamy, bo nie jesteśmy głodni czy dlatego, że nasza wrażliwość jest jednak inna od zwierząt? Ten tok rozumowania może prowadzić do smutnych wniosków… wszyscy, którzy pomagają innym i wykazują się empatią, to jednostki, którym w życiu niczego nie brakuje i zaspokoili już swoje własne potrzeby. Ktoś powie, że piramida potrzeb Masłowa już dawno została odkryta i nic w takim sposobie myślenia dziwnego ani odkrywczego. Potrzeby wyższego rzędu zaspokajamy dopiero po zaspokojeniu swoich potrzeb podstawowych. Otwiera to drogę do zaspakajania potrzeb innych. Dzielimy się wtedy tym co mamy, choć często mamy niewiele. Czasami wynika to z konformizmu, który większość z nas cechuje a czasami z wartości wpojonych nam w procesie wychowania. Źródeł motywacji do pomagania może być nieskończenie wiele ponieważ każdy człowiek jest inny. Jedno jest jednak niezmienne, pomaganie jest trudne.Wymaga przecież wyrzeczenia się własnej wygody, komfortu bądź też uszczuplenia ciężko wypracowanego dobra, bez względu czy są to dobra materialne, czy pokłady energii wewnętrznej. Dlatego świat podzielił ludzi: na pomagających, „kibicujących” pomaganiu i negujących pomaganie. Dwie pierwsze grupy znacie na pewno, dlatego chciałbym skupić się dzisiaj na tej ostatniej. Kim są osoby negujące pomaganie?

Powróćmy do ostatnich wydarzeń i świątecznych dyskusji. Pożar ikony świątyń – katedry Notre Dame. Tragedia, która wznieciła pożar dobroci w postaci strumienia pieniędzy na jej odbudowę. W mediach społecznościowych pojawiły się jednocześnie komentarze zestawiające deklarowane kwoty na odbudowę świątyni ze zdjęciami głodujących dzieci w Afryce. Negowanie pomocy udzielanej na ratowanie zabytków stało się jednocześnie iskrą zapalną w poruszaniu problemu ubóstwa i głodu na świecie. Negujący, stali się „kibicującymi”, więc  może następnym krokiem będzie przejście z negacji do pomagania? Nie oceniam nikogo, jedynie próbuję zdiagnozować, co wyzwala w ludziach chęć niesienia pomocy bądź jej negowania. Wg badań prowadzonych od lat, prawie 15 tys. dzieci umiera codziennie z głodu i chorób będących jego wynikiem. To gdzie były osoby „negujące” przed pożarem katedry? Czy te dzieci nie umierały? Czy to jedno wydarzenie spowodowało wyzwolenie w ludziach dostrzegania hierarchii i skali problemów? Co jest genezą reakcji? Zapalnikiem było wydarzenie, jednorazowa spektakularna tragedia, która poruszyła naszą świadomość problemu społecznego jakim są głodujące dzieci. „Negujący” jednak nie uruchomili specjalnej zbiórki na jedzenie dla tych dzieci. Nie podjęli żadnego działania ograniczając się do krytyki tych, którzy swoją pomoc skierowali gdzie indziej.

Inny przykład. Przecież wszyscy wiemy, że na drogach, na świecie ginie 200 tys. dzieci rocznie. Przyjmujemy do wiadomości tę informację i przechodzimy nad tym faktem do porządku dziennego. Sporadycznie pojawiają się opracowania czy artykuły mówiące o problemie. Dlaczego więc śmierć jednego dziecka na pokładzie samolotu (news z ostatnich dni) wzbudza tyle emocji i komentarzy w sieci? Dlaczego dopiero wtedy pojawiają się liczni „negujący”, którzy na co dzień nie podejmują żadnej aktywności, nawet „kibicujących”?

Zdarzenia, tragedie, które dzieją się permanentnie i powtarzalnie zostają w naszej świadomości akceptowane i zapominane. Stają się częścią rzeczywistości, w której żyjemy. To przestaje nas dziwić i martwić, zwłaszcza, że nie bombardowani jesteśmy codziennie informacją o kolejnych umierających dzieciach, wymienianych z imienia i nazwiska. Bezimienne ofiary nas nie interesują. Nie pochylamy się codziennie w modlitwie nad kolejnym bezimiennym istnieniem, które odchodzi z tego świata, ale nad Jasiem, Krysią czy Zosią, którzy zginęli potrąceni przez samochód już tak. Wyobrażamy sobie tragedie ich rodziców, przeżywających śmierć swojego dziecka. Ale czy rodzic w Afryce ma inną wrażliwość? Czy patrząc bezsilnie na śmierć głodową swoich dzieci przeżywa mniej? Afryka jest daleko. Koszalin, Radom czy Warszawa jest blisko i łatwiej możemy siebie wyobrazić, stojącego obok cierpiącego rodzica i płacz jego najbliższych. Czy to oznacza, że stopniujemy wartościowo tragedie ludzkie? Nie stopniujemy. Z jednymi się utożsamiamy ponieważ są blisko, a z innymi nie, ponieważ mamy o nich za mało informacji bądź te informacje są dla nas zbyt zdawkowe. Co w takim razie robić? Pomagać dzieciom w Afryce? Pomagać ofiarom wypadków w Polsce? A może kibicować jednym i drugim? Możemy robić wszystko! Powstrzymajmy się jedynie od negacji pomagania… ponieważ z mojego doświadczenia jako osoby, która od wielu lat związana jest z pomaganiem, to będzie już wymierna pomoc.

Aleksander Kartasiński

Aleksander Kartasiński, Prezes Zarządu Fundacji Happy Kids. Opinia o Aleksandrze Kartasińskim: „ Każdy, kto zna Pana Aleksandra wie, że zasługuje na najwyższą nagrodę, ponieważ ma wielkie serce dla dzieci i wszystko co robi, robi dla ich dobra. To dzięki niemu ponad setka osieroconych dzieci ma Dom, dziesiątki chorych dzieci otrzymują wsparcie, a co roku, w wakacje, kilka tysięcy dzieci z małych wiosek mają zapewniony wypoczynek”. Fundacja Happy Kids jest jedną z wiodących organizacji pozarządowych działających w obszarze rodzinnej pieczy zastępczej. Przez 15 lat swojej działalności utworzyła i prowadzi 13 rodzinnych domów dla dzieci – sierot społecznych. Eksperci skupieni wokół Fundacji inicjują zmiany legislacyjne mające na celu poprawę systemu opieki zastępczej oraz są autorami programów profilaktycznych dla rodzin dysfunkcyjnych. Fundacja Happy Kids realizuje również szereg działań skierowanych do najuboższych rodzin z terenów wiejskich. Co roku podczas wakacyjnych akcji HAPPY BUS opieką obejmuje kilka tysięcy dzieci, którymi opiekują się wolontariusze z całego świata.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *